środa, 28 stycznia 2015

Cisza kluczem do szczęścia (Love, Rosie)

Love, Rosie to chyba jedna z tych książek, które albo się kocha, albo nienawidzi. Naprawdę trudno jest znaleźć złoty środek przy tak dużej popularności. Sama nigdy nie zastanawiałam się, do której z grup sama będę należeć - nawet nie spodziewałam się, że kiedykolwiek sięgnę po tę pozycję. Lektura jest zasługą wyłącznie świeżutkiej ekranizacji... a nawet nigdy jej nie widziałam! Czy było warto? Zdecydowanie tak. Z przyjemnością stwierdzam, że właśnie dołączyłam do fanów historii Rosie Dunne!

Rosie i Alex zawsze trzymali się razem - jako siedmiolatkowie siedzący razem w szkolnej ławce; dziesięciolatkowie, którzy trochę wstydzili się przyjaźni z płcią odmienną; szesnastolatkowie upijający się do nieprzytomności. Uważali, że całe życie będą trzymać się razem. Wtedy jednak Alex wraz z całą rodziną przeprowadził się do Bostonu, a wkrótce po wyjechaniu przyjaciela na drugi koniec świata Rosie dowiedziała się, że jest w ciąży. Bynajmniej nie z Alexem. Zaczęły pojawiać się pytania: czy ich przyjaźń przetrwa? I czy rzeczywiście nic nigdy nie stanie jej na przeszkodzie?

Chyba każdy, kto w jakikolwiek sposób zetknął się z Love, Rosie, usłyszał też, że składa się ona wyłącznie z korespondencji (mailami, smsami, listami, chatem internetowym itd.) między bohaterami. Kiedy o tym pomyślę, to ktoś mówił mi o tym wcześniej, ale i tak otwierając książkę potężnie się zdziwiłam. Mój cały optymizm odnośnie popularnej powieści Ahern w sekundę się rozwiał, ustępując miejsca sceptycyzmowi. "Listy, poważnie?", myślałam. "Książka bez dialogów?!". Jednak nie martwcie się. Prawdziwie utalentowany pisarz poradzi sobie nawet z taką formą wypowiedzi! Listy nie przeszkadzają w swobodnym zapoznawaniu się z historią Rosie Dunne - przeciwnie nawet, ułatwiają je. Już dawno nie czytałam powieści, którą pochłaniałabym w tak błyskawicznym tempie - niczym ulubiony smakołyk! Jeśli jednak zastanowić się głębiej, Love, Rosie rzeczywiście należy do mojego ukochanego, specyficznego gatunku. Mamy bowiem do czynienia z dużą dozą gorzkiej zazdrości, nie zawsze słodkiej miłości oraz przyjaźni nie typowej, bo damsko-męskiej. A odwieczny spór o istnienie takiej przyjaźni okazuje się być wdzięcznym tematem do naprawdę dobrej książki!
Love, Rosie to także zabawne połączenie ironii i charakterystycznego poczucia humoru, godnego samej Helen Fielding. Wiele razy śledząc losy Rosie miałam wrażenie, że czytam Dziennik Bridget Jones i prawie tyle samo razy co przy lekturze tej jednej z moich ulubionych książek, parskałam śmiechem. A chociaż wesołych momentów jest tyle, że nie sposób się nudzić, to nie brak też chwil poważnych i refleksyjnych. Pani Fielding, ma pani poważną konkurentkę w osobie Cecelii Ahern!

Love, Rosie może być zarówno fantastyczną, relaksującą odskocznią od rzeczywistości, jak i wzruszającą, niepowtarzalną historią, która wyciśnie z ciebie łzy, jeśli tylko odpowiednio się wczujesz. Jeśli wciąż się wahasz, odpowiedz sobie na pytanie: czym jest dla ciebie cisza? Czy lubisz rozmawiać z kimś bez słów? A może nie masz osoby, z którą możesz tak wymownie pomilczeć? W takim wypadku Love, Rosie jest książką dla ciebie. Przecież nikt nie zna ciszy bardziej magicznej, niż tej panującej podczas zaczytywania się w doskonałej powieści! 


Za możliwość poznania tej przepięknej historii miłosnej
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat!

niedziela, 25 stycznia 2015

Jedyne rozwiązanie (Oskar i pani Róża)

Oskar i pani Róża - brzmi znajomo, co?
Jest to książka określana jako poruszająca, niesamowita, nieśmiertelna, "na miarę Małego Księcia". Dla mnie natomiast to po po prostu pozycja, która mieszkała na mojej półce od co najmniej roku, a w sercu od dobrych kilku. Bynajmniej nie dlatego, że nie miałam na nią ochoty. Wiedziałam po prostu, że w trzeciej klasie przyjdzie mi ją omawiać w szkole, a nie przepadam za ponownym czytaniem książek (chyba, że autor ma na nazwisko Musierowicz). A że piszę te słowa, to chyba oczywiste, że wyczekiwany moment już nadszedł.
I co? Mocna? Wzruszająca? Rzeczywiście porównywalna do Małego księcia?
Zobaczcie sami.

Oskar ma 10 lat i białaczkę. Potajemnie kocha się w swojej szpitalnej sąsiadce, nie przepada za swoimi rodzicami i uwielbia Ciocię Różę, która stara się go przekonać do istnienia Boga. Wymyśla ona rodzaj zabawy, w której jeden dzień odpowiada dziesięciu latom. Jednak czy można przeżyć całe życie w dwanaście dni?

Są książki cienkie, średnie, grube, a także takie liczące zaledwie 80 stron, których nie można zakwalifikować nawet do tej pierwszej kategorii. A jak można napisać sensowną recenzję powieści, która skończyła się, zanim na dobre się zaczęła? Jest trudno, nie ukrywam. Ale parę spójnych zdań powinno udać mi się sklecić. 

Oskar i pani Róża składa się z listów do Boga, pisanych przez nieufnego, cierpiącego, naiwnego chłopca. Choć tematyka choroby pojawiała się już nieraz, to musicie przyznać - nigdy z tej perspektywy. Nigdy oczami kogoś tak młodego; nierozumiejącego, dlaczego właśni rodzice okazują się tchórzami wobec choroby. A to robi wrażenie. Tak samo jak szybki, prostolinijny opis całego ludzkiego życia spędzanego w skróconej formie w szpitalu. Trwającego 12 dni, ale czy różniącego się aż tak bardzo od tych prawdziwych? Przez 12 dni można przecież doznać zarówno miłości, jak i cierpienia; przebaczenia i strachu. 
Jest bardzo, ale to bardzo refleksyjnie. 
Zwłaszcza, że pojawia się też temat wiary. Ale nie takiej - wybaczcie mi określenie - ślepej, lecz traktowanej właśnie z dystansem i nieufnością. I może właśnie przez to bardziej przekonującej? 

Oskar i pani Róża to trochę nietypowa książka. Na pewno też bardzo dobra. Jednak czy wzruszająca?Może trochę. Ale nie aż tak bardzo. Określiłabym ją raczej - zastanawiająca. Tutaj się trochę rozczarowałam, bo w końcu miały być fontanny łez! No i co? Wyszło na to, że beztroski Mały Książę wzruszył mnie bardziej niż chory chłopiec? Coś jest chyba nie tak. 
Ciekawe czy z książką, czy ze mną. 
Jednak nie przeszłam obok niej obojętnie, to na pewno. Tego jednego się nie da. 
I jestem pewna, po raz pierwszy od dawna, że akurat tę książkę przeczyta cała moja klasa. 

A ja myślę, ciociu, że dla życia nie ma innego rozwiązania niż żyć.

środa, 21 stycznia 2015

Ty będziesz następny (Giń)

Jakiś czas temu bardzo interesowałam osobą Kuby Rozpruwacza. Przeczytałam masę artykułów na jego temat i kiedy wydawało mi się, że już nic więcej nie znajdę, natrafiłam na kryminał, który miał być inspirowany jego właśnie zbrodniami. Jak możecie się domyślać, od razu zapragnęłam go przeczytać.
Miał on wdzięczny tytuł Giń.

Fabuła? Właściwie taka sama. Tylko - współczesna. I umiejscowiona na ulicach Berlina, a nie Londynu. Tym razem mamy do czynienia z Wypruwaczem, który poluje na kobiety niskiego wzrostu i o półdługich ciemnych włosach (wcale nie prostytutki). Tylko jednej z nich udaje się uciec. Ale Wypruwacz tak łatwo się nie poddaje. Zrobi wszystko, żeby dorwać Larę Simons.

Pierwsze strony można opisać niemal jako prawdziwy wybuch bomby. Emocje, adrenalina, napięcie. I naprawdę ogromna przyjemność z czytania! Wówczas byłam przekonana, że Hanna Winter odda cały dramat historii Kuby. Niestety... przeliczyłam się. Jak się okazało, z początku porywająca historia berlińskiego Rozpruwacza przypomina raczej płytką kałużę aniżeli jezioro pełne podniecających scen, a same dialogi -  bardziej niezobowiązującą pogawędkę przy kawie niż rzeczywiste rozmowy autentycznie przerażonych ludzi. Poza tym dawno nie spotkałam się z tak beznamiętną narracją. Słownictwo było wyjątkowo nijakie, bez jakiegokolwiek wyrazu. Nawet sformułowania w stylu "zniszczenie życia" brzmiały tak nieprzekonująco, że na ich widok można było tylko unieść brwi. Ale jak można było wczuć się w historię Lary, skoro prawie nic o niej nie wiadomo? Czytelnikowi oszczędzono jakichkolwiek dłuższych opisów, nawet tych ważnych scen. Jak sądzę, celem miała być większa dynamika akcji. Wyszło niestety tak, że główna bohaterka była odbiorcy zupełnie obca. Zupełnie inaczej niż Wypruwacz! Bo choć pojawiał się rzadko, to trzeba przyznać, że sam pomysł na jego postać i złożoność jego osobowości trzymały poziom. Kiedy tylko pojawiał się, akcja od razu nabierała charakteru! Szkoda tylko, że działo się to tak rzadko... Może w innym wypadku byłabym bardziej zajęta czytaniem, a mniej myśleniem? A w konsekwencji nie przewidziałabym z taką łatwością końcówki? Ona też mnie rozczarowała. Nie dość, że przewidywalna, to jednocześnie - bezsensowna.

Prawda jest taka, że książka Hanny Winter pozostawia wiele do życzenia - zarówno jako kryminał, thriller, a także zwykła powieść. Kogoś mniej oczekującego powinna pewnie zadowolić, jednak osobom złaknionych historii na miarę Kuby Rozpruwacza, polecam raczej artykuł Wikipedii na jego temat. Jest o wiele bardziej emocjonujący.

niedziela, 18 stycznia 2015

Będąc szczurem w pułapce życia (Misery - Stephen King)

Lęk.
Czuję go przede wszystkim w ciemnościach, ale towarzyszy mi także w trakcie lotu samolotem. Paraliżuje, gdy czeka mnie niemiły dzień. Przychodzi wraz z myślą o utracie bliskich.
Czasem jednak przyjmuje też moje uroczyste zaproszenie i składa mi elegancką wizytę w garniturze i z kwiatami - wtedy, kiedy włączam w komputerze horror czy słucham historii o duchach...
Albo otwieram książkę Stephena Kinga. 

Paul Sheldon budzi się, czując tylko ból. Wie, że jest jednym z najpopularniejszych pisarzy w kraju, a także, że miał wypadek prowadząc auto po pijaku. Nie zdaje sobie sprawy natomiast, że dom Annie Wilkes - jego najwierniejszej fanki, która go znalazła, uratowała i sprowadziła do siebie - stanie się szybko jego koszmarem i piekłem. A wszystko zaczyna się, gdy Annie wraca z miasta z najnowszą książką Paula. 

Po czterech przeczytanych książkach Kinga, nawet przez sen mogłabym wymieniać ich cechy charakterystyczne. Zaczynając od bardzo długiego, skomplikowanego dla czytelnika wstępu, a kończąc na rozwiniętych, obfitych w szczegóły wątkach - nawet tych najmniejszych. Stephen to niezła gaduła! Pewnie właśnie dlatego poziom dynamiki jest zawsze umiarkowany. Ale kiedy zacznie się już coś dziać, czytelnik zaczyna błogosławić czarny humor autora - pozwala na szybkie odetchnięcie. Tak na marginesie, to ironia w Misery jest rozwinięta, jak nigdy przedtem! Prychałam śmiechem kilkakrotnie razy częściej niż w Lśnieniu, Doktorze sen i Miasteczku Salem razem wziętych. A tak poza tym, to znowu pojawiają się ulubione nawiasy Mistrza. Tak naprawdę nie wiadomo, o co dokładnie z nimi chodzi, ale z pewnością nadają smaczku narracji prowadzonej, rzecz jasna, przez zmęczonego życiem bohatera; i jeszcze większej grozy całej historii.

Nowości nie ma zbyt wiele. Ściśle mówiąc, jest tylko jedna. Nazywa się Annie Wilkes.

Uwielbiam czytać o szaleńcach. Kocham rozgryzać ich podłoża emocjonalne, analizować motywacje działań. Jednak zdążyłam już zapomnieć, że bohater literacki może być tak precyzyjnie wykreowany! Tu chyba kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego główne postacie powieści Kinga zawsze są do siebie w jakiś sposób podobne: jego cała energia idzie na kreślenie wizerunków wariatów. Uwierzcie, że nietuzinkowa osobowość Annie nieraz potrafi sprawić, że czytelnika przejdzie niemiły dreszcz. Wiele razy zadawałam sobie pytanie, co ona właściwie wyrabia. Mamy do czynienia zarówno z najbardziej drastycznymi, psychodelicznymi zachowaniami, jak i słodkimi, niewinnymi i siejącymi potężne wątpliwości. Wrażeń jest mnóstwo! Zwłaszcza, że to właśnie szaleństwo jest tym najbardziej przerażającym aspektem wszelkich horrorów. Strach przed potworami jest niczym w porównaniu ze spojrzeniem w lustro i uczciwym odpowiedzeniem sobie na pytanie "czy we mnie też kryje się nieobliczalna bestia?".

Drogie osoby ze słabymi nerwami, to nie jest książka dla was! Choć czasem przewidywalna, Misery jest naprawdę mocna. Wstrząsa, przeraża, zachwyca i jest ostatnią pozycją, o której można by powiedzieć: nędzna

czwartek, 15 stycznia 2015

Czas na modlitwy się skończył (Jako w piekle, tak i na Ziemi, 2014)

Już dawno nie oglądałam horroru, który sprawiłby, że myślałabym o nim ze strachem po ciemku. 
Co właśnie zresztą robię, pisząc ten tekst o wpół do drugiej w nocy.

Chodzi o Jako w piekle, tak i na Ziemi - młodziutki horror, który poleciła mi koleżanka, ze słowami, że na pewno mnie przerazi. Opowiada on grupce młodych ludzi, którym przewodzi rudowłosa Scarlett, poszukujących Kamienia Filozoficznego. Kierując się wskazówkami znalezionymi na nagrobku Nicholasa Flamela, udają się do katakumb znajdujących się pod Paryżem. 

Od razu dostrzegłam, że film ma w sobie sporo potencjału. Od razu mnie do siebie zachęcił i zlikwidował wszelkie myśli, aby go wyłączyć. Co prawda tematyka *grupka młodych ludzi udająca się do tajemniczego/groźnego/nawiedzonego/ciemnego/wszystko naraz miejsca, bez drogi powrotu, nagrywająca wszystko* pojawia się w co najmniej połowie powstałych horrorów, ale chociaż Jako w piekle, tak i na Ziemi właściwie niczym się od reszty nie różni, to odebrałam go jako o wiele bardziej interesujący. Niezmiennym zostaje jednak to, że gdy z miejsca poznajemy pięć czy sześć postaci, których właściwie nikt nie przedstawiał z imienia i nazwiska, a w katakumbach jest ciemno, to ja zaczynam się gubić. Jak dla mnie wszyscy archeolodzy mogliby mieć przyczepione plakietki z imieniem na czole, byłoby łatwiej. Jednakże dowodząca wyprawy - Scarlett - na szczęście w zdecydowany sposób odróżniała się od swoich towarzyszy. Wywarła na mnie naprawdę mocne wrażenie! Wciąż nie mogę się nadziwić jej determinacji i odwadze. Uwielbiam takie postacie! 


Poza tym pewnie nie będzie niespodzianką, że w podziemiach panuje niezły chaos, wszyscy wołają się w jednym momencie, sporo rzeczy po prostu nie widać (przez ciemność, zawalenia się korytarzy, et cetera) - a to także nie ułatwia zrozumienia, co właściwie dzieje się na ekranie. Od czasu do czasu jednak to się udaje, a wtedy - klękajcie narody! Jako w piekle, tak i na Ziemi oprócz mistrzowsko skonstruowanej fabuły, może pochwalić się zapierającymi dech w piersiach detalami. Mam na myśli przede wszystkim wszystkie misterne, związane z teologią pułapki zastawione 600 lat wcześniej. Wszystkie zasadzki zazębiają się ze sobą w ścisły sposób, a jedna jest bardziej wymyślna od drugiej. Nieraz nie umiałam wydukać z siebie nic innego niż pełne podziwu "ooo"!

Najciekawiej jednak zaczęło się robić, kiedy grupka zeszła tak nisko, że znalazła się... sami zgadnijcie, gdzie. Reżyser przeszedł sam siebie! Doszłam jednak do wniosku, że niestety, mimo wszystko, nie jest to straszne. Jako w piekle, tak i na Ziemi potraktowałam raczej jako mrożący krew w żyłach thriller, a nie przerażający horror. Nie spotkamy tu szatana czyhającego za rogiem, za to raczej swoje najmroczniejsze lęki i demony przeszłości. Film w świetny sposób przedstawia wizję piekła reżysera, z którym w pełni się pod tym względem zgadzam! Przesłanie to jedna z najmocniejszych stron Jako w piekle...

Nie jest to najlepszy film, jaki obejrzałam, ale na pewno pozytywnie odróżnia się od innych podobnych sobie. W czasie oglądania nie przeraża ani trochę - jedynie fascynuje i nie pozwala oderwać od siebie oczu - ale zmienia się to w nocy, gdy gaśnie światło. "Strach" nie jest tu najlepszym słowem, ale na pewno trudno jest przestać o nim myśleć. I chociaż prawie na pewno do niego już nie wrócę, to jednak analizować będę jeszcze długo. Gorąco polecam!

poniedziałek, 12 stycznia 2015

W obawie przed czarnym kotem (PLL #2, Bez skazy - Sara Shepard)

Dobrze wiecie, że po literaturę typowo młodzieżową sięgam stosunkowo rzadko. A kiedy już sięgam, to zwykle są to książki Greena lub Quicka, którzy mają chwalebny zwyczaj pisania o inteligentnych nastolatkach. Natomiast seria Pretty Little Liars jest chyba ostatnią, o której kiedyś pomyślałabym, że mi się spodoba. Jednak, jak widać, ciekawie pisać można także o zupełnie przeciętnych amerykańskich przyjaciółkach!


Do Rosewood powraca Toby, który przypomina dziewczynom o Sprawie Jenny. Śledztwo odnośnie śmierci Alison przybiera nieoczekiwany obrót. Nastolatki nie przestają dostawać dziwnych smsów od A. Co więc im pozostaje? Połączenie sił, wyjawienie sobie starych sekretów i przede wszystkim - zaufanie. 

Mocną stroną obu poznanych przeze mnie powieści Sary Shepard jest przede wszystkim pomysł. Chociaż życie codzienne i problemy Arii, Spencer, Emily oraz Hanny nie należą do najciekawszych pod słońcem (a w każdym razie nie najoryginalniejszych), to napędzane przez tajemnicze wiadomości, zaczynają się jawić się czytelnikowi groźnie, a nawet trochę kryminalnie. Ekscytujący jest też fakt, że wszyscy bez wyjątku (chyba nawet sam narrator!) tu kłamią. Komu wierzyć? Kto najlepiej potrafi kłamać? Jaki może mieć w tym interes? Kiedy zacznie się gubić we własnych słowach? Odpowiadanie sobie na takie pytania jest fantastyczne! Poza tym ze względu na to, że bohaterki są nastolatkami, to prawie nigdy nie działają logicznie i sensownie. To także urozmaica akcję, bo nigdy nie wiadomo, co zaraz zrobią (tak, to również może być zaletą!), kogo oszukają. I w jakiej sprawie. Jeśli chodzi o wątki romantyczne, to zdecydowanie nie są zbyt głębokie, ale i tak trzymają poziom. Na pewno spełniają swoje zadanie - interesują czytelnika i dają dziewczynom powody do dalszego nieskładnego, destrukcyjnego działania, które motywuje A. do pisania kolejnych smsów. 

Irytująca jest tylko nieustanna zmiana narracji. Autorka umyślnie kończy rozdziały w najciekawszych momentach, z którymi czytelnik żegna się z żalem, ale zaraz zostaje wynagrodzony przeskokiem do równie intrygującego wątku innej postaci. Przyznaję, że Shepard umiejętnie podtrzymuje napięcie i nie pozwala emocjom opaść, ale i tak żałuję, że rozdziały są tak krótkie. Nie pozwala to w pełni nasycić się adrenaliną danej sytuacji. Inna sprawa, że gdyby były one dłuższe, to pewnie łatwiej byłoby się nimi szybko znudzić, a w konsekwencji - bezproblemowo przerwać lekturę. Tymczasem dynamika powieści jest tak olbrzymia, że to absolutnie niemożliwe. 
Oczywiste jest także że przy sporej liczbie postaci jednych obdarza się większą sympatią, a innych mniejszą. Gdybym miała wybrać, to najbardziej zafascynowały mnie wątki Arii oraz Emily. Z przyjemnością przeczytałabym książki poświęcone wyłącznie tym dwóm bohaterkom, ale nie tracę też nadziei, że w kolejnych tomach bardziej zaciekawią mnie też postacie Hanny i Spencer. A trzecia część jest już w drodze do mnie!

Opisanie w kilku słowach Bez skazy nie jest trudne: lekka, niewymagająca, wyraźnie skierowana do nastolatek i cholernie intrygująca. Bardziej wciągająca, niż można to sobie wyobrazić! Powinna spodobać się wszystkim fanom serialu, dziewczynom poniżej dwudziestego roku życia i osobom, które chcą nauczyć się lepiej kłamać. Serdecznie polecam!

sobota, 10 stycznia 2015

Z głosem serca nie wygrasz (Ostatnia piosenka, 2010)

W 2010 roku, jako beztroska jedenastolatka, zafascynowana - zgodnie z modą - Miley Cyrus, usłyszałam o pewnym filmie, w którym dawna Hannah Montana otrzymała główną rolę. Pewnego dnia zaczęłam go nawet oglądać, jednak nie przemówił do mnie, niestety. 
Parę lat później dowiedziałam się o istnieniu pana nazwiskiem Sparks, który pisze tak niesamowite książki, że mogę je czytać bez końca i nigdy mi się nie znudzą! Jedną z nich jest powieść, którą przeczytałam w zeszłe wakacje, spędzane nad Morzem Adriatyckim. Zupełnie inaczej niż większość dzieł Sparksa - a przynajmniej ta siódemka, z którą już się zapoznałam - opowiadała ona nie o dorosłych, a o nastolatkach. Nie była najlepsza pod słońcem, ale jak to pana Nicholasa - i tak dobra. 
Dziwnym zbiegiem okoliczności, to właśnie na jej podstawie powstała produkcja, którą zachwycały się wszystkie moje koleżanki kilka lat wcześniej, i którą miałam okazję obejrzeć parę tygodni temu. 
Zarówno książka, jak i film, figurują pod barwnym tytułem Ostatnia piosenka

Poznajcie Ronnie. To typowa buntowniczka, wiecznie kłócąca się z matką i znikająca z domu na całe dnie. W wakacje wbrew swojej woli zostaje wysłana z młodszym bratem na Południe - do ojca, z którym nie zamieniła słowa od trzech lat, odkąd opuścił rodzinę. Dziewczyna na początku opiera się rękami i nogami, ale przestaje, gdy poznaje Willa. Jak się szybko okazuje - miłość swojego życia.



Dziwnie jest oglądać film z aktorką, która w kilka lat zmieniła swój wizerunek o 180 stopni; która z idolki tysięcy nastolatek (raczej tych młodszych, niż tych starszych) zmieniła się w osobę, na widok której unosi się tylko brwi. Przez całe dwie godziny filmu o tym myślałam i choć nie pora jest na to w recenzji, to jednak wiedzcie, że strasznie mi jej szkoda. Mimo wszystko trzeba przyznać, że aktorką była (jest? wciąż gra w jakichś filmach?) nie najgorszą. Oczywiście nie na skalę Oskarów, jednak jako osiemnastolatce wczuwającej się w swoją zakochaną rówieśniczkę, nie można jej nic zarzucić. Trochę inaczej sprawa ma się z Willem (Liamem Hemsworthem) - on mnie nie przekonał. Nie potrafię nawet ocenić gry aktorskiej Liama. To po prostu sama postać Willa jest tu problemem. Jest trochę... nijaki. Zwykły. Przystojny, mistrz siatkówki, pochodzący z bogatej, lecz nieszczęśliwej rodziny... Oj naprawdę, ile razy to już było? 
Poza tym ominięto niektóre wątki, dodano kilka scen. Zgaduję więc, że jest to bardziej adaptacja, aniżeli ekranizacja. Pod tym względem cenię sobie bardziej papierowy oryginał, pełny ciekawych szczegółów, które są niezbędnym uzupełnieniem historii Ronnie. Jednak, chociaż książka była zdecydowanie lepsza, to nie mogła jednak pochwalić się świetnym soundtrackiem muzycznym, który sprawił, że cofnęłam się o niemal pięć lat wstecz i zaczęłam słuchać When I look at you Miley Cyrus. Poza tym nie pamiętam, aby książka, chociaż czytało mi się ją płynniej niż oglądało adaptację, poruszyła mnie jakoś specjalnie - natomiast na filmie trudno się nie wzruszyć. Inna sprawa, że roztkliwienie powodowane jest wątkiem, którym bezwstydnie łatwo wywołać jest łzy - zwłaszcza na ekranie.

Zaznaczę ponownie, że nie jest ambitna produkcja. Nie miała nią być; nie była taka także książka. To po prostu romansidło, które ogląda się, gdy ma się na to nastrój. Czasem naciągane i przewidywalne, ale jednak pełne uczucia, humoru i emocji. Nie z pokroju tych, do których się wraca, ale zdecydowanie z pokroju tych, które poleca się każdemu. 

czwartek, 8 stycznia 2015

Poznajemy siebie dopiero w nieszczęściu (Maria Antonina #3 - Juliet Grey)

Czy doznałeś kiedyś uczucia przypominającego utratę przyjaciela, kiedy odkładałeś skończoną książkę? Ja doświadczyłam tego tylko kilka razy. Pamiętam je wszystkie. Ostatni miał miejsce kilka dni temu.
Zapraszam na recenzję pozycji, która - choć jest dopiero 8 stycznia - z pewnością znajdzie się w rankingu najlepszych książek 2015 roku. 

Początek ostatniej Marii Antoniny wcale nie był kolorowy. Jakkolwiek pierwsze dwa tomy pochłonęłam zapominając o bożym świecie już od pierwszych rozdziałów; czytając z podnieceniem, przyjemnością i wypiekami na twarzy, to z Z pałacu na szafot rzecz ma się trochę inaczej. Co najmniej jedna trzecia była niestety - nie ukrywajmy - nieciekawa. Mogłoby się wydawać, że to w końcu ta sama Antonina i Ludwik, francuski dwór; ten sam fantastyczny styl pisania Juliet Grey, dzięki któremu lekturę czyta się płynnie i lekko... Jak więc trzeci tom nagle może okazać się słabszy? To jednak nie takie proste. Prawda jest taka, że nie przebywamy już w Wersalu i coraz mniej do czynienia mamy z kochankiem Antoniny - Axelem (a więc tracimy ważny i interesujący wątek romantyczny); już nie śledzimy królewskiego i pasjonującego życia Majeste. Co zaś zyskujemy? Politykę. I to właśnie ona dominuje nad resztą wątków ostatniej części historii Antoniny. Uczucia zastępują raczej dekrety, intrygi i postępy w rewolucji. Ale to przecież nie ich chce czytelnik, prawda?

Nie martwcie się. To się zmienia, kiedy rewolucja zaczyna nabierać tempa.
Im więcej ściętych głów, tym bardziej początkowa niechęć do książki topnieje.

Juliet Grey opisuje rewolucję francuską z taką dozą emocji i szczegółów, jakiej autorzy podręczników do historii wystrzegają się choćby ze względów humanitarnych. Jest drastycznie. Bardzo. W pewnym momencie miałam nawet wrażenie, że czytam coś na kształt horroru. Odpowiedzmy sobie więc wszyscy na pytanie, na jakim świecie żyjemy, że udokumentowane wydarzenia historyczne, które wydarzyły się wcale nie tak dawno temu - a przecież były tylko kroplą w morzu całej krwawej historii świata! - wydają się horrorem.

Emocje zatem oczywiście pojawiły się. Z całą mocą. I choć w wielu momentach otwarcie się nudziłam, to jednak muszę przyznać, że trzeci tom zawiera w sobie najpotężniejszy ładunek emocjonalny.
Zacznę od tego, że właściwie to nawet nie wiem, co jest czystą prawdą historyczną, a co zostało podkoloryzowane przez autorkę. Jednak wierzcie mi, że to jest nieważne. Wiem jedno - nie mogłam przestać myśleć o tym, jak można traktować tak kobietę. Kochającą żonę, oddaną matkę. Człowieka. Pokochałam Antoninę jak siostrę i drogą mi przyjaciółkę. Jednocześnie wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad jej hartem ducha, dumą i odwagą. W ciężkich chwilach przywiązałam się do niej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, rozpaczliwie odliczając strony do końca. To zabawne, nie uważacie? Przecież od pierwszej strony Z Wiednia do Wersalu wiedziałam, jak to się skończy. Świadomość nie powstrzymała jednak moich łez. Nie spodziewałam się, że będę tak płakać nad osobą wymienianą w podręcznikach do historii jako zwykłe nazwisko - a przecież jej życie to nie tylko wiadomy koniec, ale długi ciąg wzlotów i upadków, uniesień i zawodów, miłości, nienawiści, kłamstw, marzeń.... Ciąg, który miałam okazję poznać w całości i dlatego tak przejęłam się jego smutnym zwieńczeniem. Pierwszy raz od dawna doświadczyłam widoku wirujących, zamazujących się liter. Brak możliwości czytania dalej przywitałam jednak z wdzięcznością. Nie chciałam już dalej tego robić! A jakkolwiek już przez ostatnich kilkadziesiąt stron nieustannie drżałam i mrugałam wilgotnymi powiekami, to ostatnie rozdziały całkowicie mnie już rozkleiły. Z moją tendencją do nadmiernego przeżywania tak smutnych historii, pewnie w ogóle nie powinnam sięgać po tego typu książki. Pytanie tylko, czy wtedy wiedziałabym, czym właściwie jest naprawdę dobra literatura.

Juliet Grey napisała w posłowiu, że nie może zmienić zakończenia tylko po to, żeby czytelnik nie płakał. Dodała "trudno, czytelniku, łap za chusteczkę i szlochaj, ale przyjmij to do wiadomości". Przez chwilę - tuż po poznaniu ostatniego zdania powieści - miałam do niej pretensje. Przecież przez długi czas zajmowała się zupełnie nieistotnymi wobec naprawdę ważnych problemów wątkami, skutecznie odciągając czytelnika od niemiłych spraw i łudząc go, że przykre zakończenie nigdy nie nastąpi. A potem z rozmachem zademonstrowała, że jest to niemożliwe. To okrutne! W końcu doszłam jednak do wniosku, że pretensje mogę mieć jedynie do, jak zwykle, ludzi. Bo czy obecnie rewolucja wyglądałaby inaczej?
Trudno jest mi rozstawać się z jedną najdroższych mi postaci literackich, a zresztą także z jedną z najlepszych trylogii na świecie. Historia Marii Antoniny - w dodatku pióra tak znakomitej pisarki - jest po prostu epicka. Przeczytajcie ją, proszę! Królowej jesteśmy to winni jako bliźni, natomiast autorce - jako czytelnicy. Sama z chęcią zrobiłabym to jeszcze raz, a potem jeszcze raz i jeszcze jeden, ale jestem pewna, że nie dałabym rady ponownie przebrnąć przez tak emocjonalną i burzliwą serię, wnoszącą w życie tyle łez, pasji i szaleńczych myśli. Zróbcie to, jeśli tylko jesteście na to gotowi. Przeczytanie tak poruszającej książki, choć wydawać się może inaczej, jest nie lada wyzwaniem.
Jestem dumna, że dałam radę mu sprostać.

Vive la reine. Vive le roi. 


Kiedy nadchodzi pora powiedzenia adieu, człowiekowi zawsze zaczyna brakować czasu.

wtorek, 6 stycznia 2015

Oko za oko, ząb za ząb (Życie za życie, 2003)

Jakiś miesiąc temu, skacząc po kanałach, przypadkiem natknęłam się na pewien film. Grała w nim moja ukochana Kate Winslet. Wciągnął mnie tak, że nie mogłam oderwać od niego wzroku! Bohatersko postanowiłam go jednak wyłączyć, aby w wolnej chwili obejrzeć w całości. Nie liczyło się, że znałam już rozwiązanie tajemnicy (chociaż zgasiłam ekran 15 minut przed końcem, więc ścisły finał wciąż nie był mi znany). Musiałam, musiałam!, poznać całą tę historię. 

Film nazywał się Życie za życie.

Jak się okazało, fabuła opierała się na tym, że znany z głośnych protestów przeciwko karze śmierci David Gale paradoksalnie został skazany na śmierć. Przestępstwa: gwałt i morderstwo. Trzy dni przed swoją egzekucją wyraża jednak chęć porozmawiania z reporterką Bitsey Bloom, popularną zresztą ze względu uprzednie bronienie różnych dewiantów seksualnych. Gale zaczyna opowiadać jej swoją historię, przy czym twierdzi, że jest zupełnie niewinny. Chce, aby dziewczyna dowiedziała się, kto naprawdę zamordował jego przyjaciółkę Constance. Bitsey ma na to zaledwie trzy dni.

Powiedzmy sobie jasno, że motyw *więzień za kratkami opowiadający komuś swoją prawdziwą historię i równoczesne głośne tykanie zegara w tle*, jest już znany i przewałkowany we wszystkie strony. To nie jest najmocniejsza część tej produkcji, tak samo jak ciągnący się w nieskończoność początek. Prawdę mówiąc, gdybym wtedy nie obejrzała tego fragmentu znajdującego się bliżej końca i nie wiedziała, że Życie za życie jest mistrzowskie, to nie wiem, czy przebrnęłabym przez wstęp. Ale gdy już mi się to udało... ujmę to w ten sposób, że już dawno nie oglądałam tak pasjonującego filmu! Oprócz tego, że wartkość akcji broni sama siebie choćby tym, że dosłownie cały czas coś się dzieje, to jeszcze większej dynamiki dodaje tu nieustanne przypominanie, ile czasu pozostało do egzekucji Gale'a. Fabuła jest perfekcyjnie skonstruowana, a sam pomysł na nią - niesztampowy. Trzeba co prawda przyznać, ze miejscami była aż zbyt zawiła, bo do tej pory nie do końca zrozumiałam, o co chodziło z pewną walizką pieniędzy. Może wyglądałoby to inaczej, gdybym podczas filmu miała czas na dokładne przeanalizowanie tego - jednak czasu tego, przez wspomniany energiczny postęp akcji, po prostu nie ma. 
Poza tym gra aktorska także nie odbiega poziomem od innych aspektów produkcji. Kevin Spacey grający Davida jest bardzo przekonujący i w pełni oddaje złożoność charakteru mężczyzny, który został opuszczony przez żonę; który już wiele lat temu był oskarżony za zbrodnię, której nie popełnił; i któremu, jak twierdził, naprawdę zależało na zamordowanej Constance. 
Jeśli chodzi natomiast o Kate Winslet grającą Bitsey, to sprawa jest oczywista: bardzo cenię sobie tę aktorkę, bynajmniej nie tylko za najbardziej znaną rolę Rose, a tym razem znowu mnie nie zawiodła. Jakkolwiek rola jej nie jest najbardziej skomplikowana na świecie, to jednak widać, że włożyła w nią wiele serca i dzięki temu wypadła, jak zwykle, rewelacyjnie. 

Ani trochę nie żałuję obejrzenia Życie za życie. Co więcej, mogę szczerze powiedzieć, że to najciekawszy film, jaki obejrzałam w roku 2014! Gorąco polecam wszystkim fanom mocnych thrillerów i nie tylko!

niedziela, 4 stycznia 2015

"Każdy człowiek może cię czegoś nauczyć" (Sekretne życie CeeCee Wilkes - Diane Chamberlain)

Dawno, dawno temu usłyszałam po raz pierwszy o Diane Chamberlain - pisarce rzekomo dorównującej znanej Jodi Picoult. Porównanie nic mi nie mówiło, bo nigdy nie czytałam żadnej książki Picoult (i to pozostaje niezmienne do dziś) - i pewnie dlatego nie ciągnęło mnie także do twórczości tej pierwszej autorki. Stan rzeczy ciągnął się prawie przez cały rok, w czasie którego trochę zmienił mi się gust literacki. Nagle stwierdziłam, że bardzo chętnie przeczytałabym coś pani Diane - i najlepiej, aby to była jej najpopularniejsza powieść: Sekretne życie CeeCee Wilkes. Oczywiście nie omieszkałam tego zrobić najszybciej, jak się dało. Jak przedstawiają się moje wrażenia?

Dwóch mężczyzn, z pomocą szesnastolatki nazwiskiem CeeCee Wilkes, postanawia porwać ciężarną żonę gubernatora. Żądają oni uwolnienia swojej skazanej na śmierć siostry. 
Prawie trzydzieści lat później zostają znalezione szczątki gubernatorowej. Po nienarodzonym dziecku nie ma jednak ani śladu. Jedyną osobą na świecie, która wie, co się z nim stało, jest CeeCee. Co zrobi z tą informacją?

Pierwsze strony były dla mnie jednym wielkim deja vu. Ktoś próbujący zwalczyć karę śmierci, sam na nią skazany? Przecież to kalka filmu, który oglądałam dzień wcześniej, a który powstał skądinąd kilka lat przed książką (jego tytuł to Życie za życie, recenzja na dniach)! Na szczęście wkrótce okazało się, że chociaż główna tematyka obu dzieł jest niezwykle podobna, to jednak Sekretne życie... jest o wiele bardziej złożone. I wciągające. A warto wspomnieć, że film ten jest chyba najlepszym, jaki oglądałam w minionym roku! Już dawno nie czytałam książki, która miałaby tak zawiłą fabułę i mistrzowsko zazębiające się szczegóły, które tworzą perfekcyjną całość obfitą w liczne tajemnice, intrygi i emocje. Akcja osiąga ten poziom natężenia, że zmęczone oczy biednego czytelnika mają dość tego, iż nie potrafią pochłonąć jednym zerknięciem całej strony, a serce jest bliskie wybuchu z nadmiernego podekscytowania. I chociaż mogłoby się wydawać, że takie odczucia towarzyszą lekturze jedynie mocnych thrillerów, to Sekretne życie CeeCee Wilkes jest jedną z ostatnich książek, które można by podciągnąć pod tę kategorię. Jest to po prostu opowieść o kilku błędnie podjętych decyzjach i konsekwencjach kochania zbyt mocno: sprawach, o których trudno jest pisać i nie zawsze przyjemnie czytać. Diane Chamberlain robi to jednak ostrożnie, a dosadnie - i bezbłędnie wcelowuje w pusty fragment duszy swojego odbiorcy, wiernie na pisarkę czekający.

Z początku wydawało mi się co prawda, że uczucie łączące CeeCee z jednym z porywczy jest sztuczne ze względu na swój zbyt szybki wybuch, a cała fabuła - mocno naciągana. "Takie historie się nie zdarzają!", myślałam. Szybko doszłam jednak do wniosku, że nawet jeśli to prawda, to wolę czytać o nieco podkoloryzowanej rzeczywistości, która przyprawia mnie o kilkakrotnie szybsze bicie serca, aniżeli o mdłym realizmie. A poza tym, życie pisze czasem naprawdę dziwne scenariusze. Jestem pewna, że niejedna taka historia faktycznie się przydarzyła.

Wiedziałam, że Sekretne życie CeeCee Wilkes zbiera same pozytywne opinie, więc nie byłam zdziwiona tym, że się sprawdziły. Zaskoczyło mnie raczej to, że już zupełnie zapomniałam, jak mocno zwykła z pozoru powieść może być wciągająca! Żałuję, że nie zdążyłam przeczytać CeeCee wystarczająco szybko, aby umieścić ją w rankingu najlepszych książek 2014 roku. Na szczęście przede mną jest jeszcze wiele książek napisanych przez nią - i cały 2015 rok na ich poznawanie!

czwartek, 1 stycznia 2015

Sylwestrowy maraton filmowy, czyli co robiłam, kiedy nie oglądałam polsatu

Mam wrażenie, że dla większości Polaków Sylwester znaczy tyle, co huczne bale, imprezy, strumienie wódki. Ale to nie dla mnie, zdecydowanie nie.
Co w takim razie robiłam w ten wyjątkowy dzień, zapytacie. 
Ano zaprosiłam do siebie na noc przyjaciółkę, a zanim zaczęła się impreza na polsacie na krzyż z tą na dwójce, musiałyśmy w końcu coś robić. Padło na dwa filmy. Jakie?
Zapraszam na dwie minirecenzje!

Na pierwszy ogień poszedł Naznaczony: rozdział 2. Pewnie nic Wam to nie powie, jeśli nie oglądaliście pierwszej części, ale jest to po prostu horror o, jak zwykle, nawiedzonym domu i dręczonej przezeń rodzinie. Krótki opis? Po powrocie Josha z zaświatów wstąpiło w niego coś złego, rodzinę zaczyna gnębić duch kobiety ubranej w białą suknię, która nuci dziecięcą piosenkę, a co najgorsze - rodzinie Lambertów nie ma kto pomóc. Elise odeszła, a tajemnica jej śmierci wciąż została nierozwiązana. 
Hmm. Horror ten nie różni się specjalnie od innych filmów grozy. Pod tym względem jest raczej oklepany - wyświechtane już motywy, dawno przewałkowana we wszystkie strony tematyka. 
Ale straszy, i to straszy okropnie. Było wiele momentów, w którym chciałam już go wyłączyć i nie wracać doń nigdy więcej. A kiedy już przywitałyśmy Nowy Rok i położyłyśmy się nad ranem spać, twarz kobiety w białej sukni, wracała. Tak, to było najgorsze. 

Natomiast drugi obejrzany przez nas film różnił się od pierwszego tak bardzo, jak tylko mógł. Była to komedia romantyczna - Pocałunek o północy - której akcja dzieje się właśnie w Sylwestra. Wilson przeżył właśnie najgorszy rok w swoim życiu. Jego zwieńczenie chce spędzić w domu, zakopany pod kołdrą. Przyjaciel zmusza go do założenia konta na portalu randkowym i wkrótce mężczyzna spotyka się z Vivian. Kobieta podejmuje decyzję, że spędzi z Wilsonem Sylwestrową Noc, jeśli nie znudzi się nim do godziny 18.
Pocałunek o północy wyraźnie nawiązywał do konwencji starych filmów - poczynając od tego, że był czarno-biały (a wyprodukowano go skądinąd w 2007 roku), a kończąc na tym, że Vivian miała ciemne okulary i wciąż paliła papierosa. Całość przypominała mi troszeczkę Dolce Vita
Film nie był najciekawszy na świecie, ale oglądało się go przyjemnie i z zainteresowaniem - pomijając może jedną scenę w teatrze, ale warto jednak było zacisnąć wtedy zęby. Ogółem nie nudziłam się, a śmiałam. Coś idealnego na Sylwestra!\

A Wy jak spędziliście ten wieczór?

Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim życzę!