środa, 27 lutego 2013

Przeminęło z wiatrem

Mówią, że każdy w życiu musi nieść swój krzyż. Mówią, że jeśli nigdy nie bywasz smutny, nie możesz też być szczęśliwy; że szczęście przychodzi na końcu. Każdy miał już swój mały koniec świata. Różne są tylko zachowania po nim. 
Tylko co jeśli ten Twój własny koniec świata.. wcale nie jest taki mały?

Scarlett O'Hara jest córką właściciela wielkiej plantacji bawełny w Georgii. Wszyscy okoliczni młodzieńcy otaczają ją wianuszkiem uwielbienia. Ona jednak wzdycha cicho do Ashleya Wilkesa, choć ten jest jej obcy jak Raj dla śmiertelników. I podobnie jak oni - nie traci nadziei. Nadchodzi jednak wojna.. I świat, który znała dziewczyna powoli przemija - pojawia się inny, obcy. A ona musi sobie radzić, dokonywać wyborów... uczyć się życia.

"Scarlett O'Hara nie była piękna..." - mówi Wam to coś? Z pewnością! Kto nie słyszał o jednej z najsłynniejszych postaci literackich świata? :)
W minione letnie wakacje zaczęłam czytać "Przeminęło z wiatrem". Powiem to wprost: książka (a przynajmniej jej pierwsze 60 stron) nie przemówiła do mnie, a ja nie zamierzałam się zmuszać. Teraz jednak postanowiłam to zrobić. Czy słusznie?

Muszę przyznać, że początkowo "Przeminęło..." męczy. Musiałam dyscyplinować samą siebie i zmuszać się do dalszej lektury przez pierwsze 150 stron. Na tym feralnym początku nie były dla mnie żadną atrakcją niezwykle plastyczne opisy wojny secesyjnej, wieku XIX. Na szczęście miałam ponad 1000 stron na zmienienie swoich poglądów..
Po kilkuset stronach (może 400?) te długie opisy zaczęły sprawiać mi niesamowitą przyjemność! Należy dodać, że w całej książce jest stosunkowo mało dialogów; większość jej zawartości to właśnie opisy. Mankament? Zdecydowanie nie. 

Margaret Mitchell dokonała świetnej kreacji bohaterów i zarazem stworzyła całą gamę charakterów. Poznajemy uczciwą i spokojną Melanię, cichego i nie wiedzącego czego chce (druga cecha to moja osobista interpretacja) Ashleya, aroganckiego i bezpośredniego Retta. Każda z tych postaci kryje swoją tajemnicę, którą niekoniecznie zabierze ze sobą do grobu. I oczywiście: Scarlett! Charakterystyka jej mogłaby zająć kilka tomów - faktem jest, że jest jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii literatury; wszystkie poznane przeze mnie już postacie fikcyjne nikną przy niej. Scarlett jest osobą odważną, asertywną, wybuchową i impulsywną, wyrachowaną i często samolubną - ale przy tym tak cudownie normalną! Nie jest to już persona wyidealizowana, pragnąca uratować wszystkich dookoła pomijając siebie samą - bardzo często myśli tylko o sobie. To prawda, jej zachowanie często zachęcało mnie do wyrzucenia książki przez okno. Ale nawet wtedy widziałam, że jest ono prawie zawsze logiczne i racjonalne. Słowem: przeciętne zachowanie normalnego człowieka. 
"Świat cały nie zdoła nas pokonać, gubimy się jednak sami przez zbyt mocne pragnienie rzeczy, których już nie posiadamy.."
Podsumowując: "Przeminęło z wiatrem" to opowieść nie tyle co o miłości, co o przeciwnościach losu, policzkach od życia i zawodach. Opowieść wzruszająca, napisana ze specyficznym, trochę czarnym humorem, zmuszająca do przemyśleń - to ostanie zwłaszcza. Czytając tę książkę zobaczyłam, że nigdy nie należy pokazywać swoich słabości, nigdy nie oglądać się wstecz i tęsknić za rzeczami utraconymi.. bo coś o wiele lepszego od nich może minąć Cię bez słowa. 
 Postanowienie zapoznania się z losami Scarlett to równocześnie zgoda na niemożność zajmowania się czymkolwiek innym, bezsenne noce i wiadra wylanych łez. 
Żeby dodać temu nuty dramaturgii dodam, że "Delirium" właśnie straciło zaszczyt bycia moją ulubioną książką. Została nią "Przeminęło z wiatrem", a Scarlett O'Hara - ulubioną postacią literacką.
"Przeminęło.." oceniam na 10/10!
Polecam WSZYSTKIM!
Nie wiem, jak można przejść przez życie nie zapoznając się z tą pozycją... Na pewno do niej wrócę - i na pewno nie raz.

Płaczę już od pół godziny i czuję, że mogę tak całą noc.. nie wiem, jak zdołam wziąć do ręki jakąkolwiek jeszcze książkę. "Na kaca najlepsza jest praca". A na książkowego?
Ale o tym pomyślę już jutro ;)

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu -> 5,1 cm

***

Małe podsumowanie lutego:

ilość przeczytanych książek: 6
ilość przeczytanych stron: 3105
ilość średnio przeczytanych stron dziennie: 111
najlepsza przeczytana książka w tym miesiącu: "Przeminęło z wiatrem"! :D

jestem całkiem zadowolona - ilość stron na dzień jest dobra, trochę mało książek.. ale też fakt, że "Przeminęło.." mogłoby być dwiema albo trzema książkami biorąc pod uwagę grubość :P

środa, 13 lutego 2013

Ostatnia spowiedź

Z góry podziękuję za przyjemność przeczytania "Ostatniej spowiedzi" Marcepankowej, która zorganizowała konkurs, a ja miałam szczęście i wygrałam :)

"Bo gdy mówi serce, muzyka milknie, a słowa bledną..."

Ally Hanningan mieszkała kilka lat w Nowym Yorku. Życie jednak jej nie oszczędzało.. a teraz wraca, do Francji, rodziny i starszego od niej o 10 lat 'chłopaka' imieniem Christoph, by zacząć studia w wybranym przez rodzicieli kierunku - prawie. Podobnie jak ze studiami, nie miała tego "przywileju" wybrania sobie partnera - Chrisa po prostu nie kocha. 
W tym samym czasie niemiecki zespół Bitter Grace robi światową karierę.. aż do momentu, kiedy zabójczo przystojny wokalista o delikatnych, niemal kobiecych rysach o imieniu Bradin traci głos i wyjeżdża na małe wczasy. Powrotny samolot spóźnia się, a chłopak zmuszony jest czekać na kolejny całą noc na lotnisku. 
Losy dwójki krzyżują się w sposób, którego każde z nich skrycie pragnie, a na który żadne nie może sobie pozwolić...
"Mówią, że w życiu tylko raz można przeżyć miłość. Tylko raz coś zrywa cię do biegu, każe gnać przed siebie, choćbyś nie widział wtedy początku ani końca. Coś staje się słuszne, choćby miało przeciw sobie wszystkie racjonalne wybory. Coś każe ci walczyć, pragnąć i wierzyć. Coś sprawie, że nigdy nie zapomnisz chwil i miejsc, w których ostatni raz czułaś to, co odeszło... Dla mnie ten "raz" już minął. Od tamtej pory codziennie staram się odnaleźć w tym, co zostało." 

Niektórzy nie czytają bestsellerowych książek, ponieważ boją się rozczarowania. Ja mam jednak chyba odrobinę bardziej "przeciętny" gust i zazwyczaj takie pozycje podobają równomiernie do opinii ogółu. Przygotowałam się na poruszającą, piękną opowieść, którą będę mogła po przeczytaniu zachwalać na blogu.. Czy rozczarowałam się?

Przyznam, że na początku towarzyszyły mi mieszane uczucia. Na samym starcie rzuciła mi się w oczy zmiana narracji - z pierwszoosobowej na trzecioosobową - w połowie rozdziału. Trochę mnie to zdeprymowało, ale czytałam dalej. Kolejnym rażącym elementem było wyszukane i wręcz nienaturalne słownictwo wymieszane z wulgaryzmami - często w jednym zdaniu. Wkrótce dowiedziałam się, że u boku głównej bohaterki obowiązkowo stoi najlepsza przyjaciółka. 
Więc dlaczego mieszane uczucia, skoro na razie wymieniam same wady? 
Ponieważ "Ostatnia spowiedź" to książka niesamowita, od której mimo wad nie można się oderwać i nie przeczytać jednym ciągiem. Książka poruszająca, romantyczna, napisana zmysłowo i z wyczuciem. Książka, która nie wiadomo kiedy się kończy, którą czyta się z wypiekami na twarzy, walącym sercem i płynącymi łzami...
"To trochę tak, jakbyś nakręcił pozytywkę, Bradin. Nie możesz jej zatrzymać, bo zgrzytnie i wyda nieprzyjemny dźwięk. Moje życie to jeden długi nieprzyjemny dźwięk. Lecz inni mówią, że to, co teraz mam, zagra płynnie do końca. Więc chyba muszę doczekać do melodii."
Do kolejnych zalet dodałabym świetne wykreowanie wszystkich postaci - każdy ma swój oddzielny, wyrazisty charakter, świetne oddanie emocji targających dwójką głównych bohaterów, a w końcu zabawny i pełen humoru styl pisania autorki. Ach tak, jeszcze koniec. A więc: odważny, niepowtarzalny i pozostawiający po sobie ciężkiego książkowego kaca. 
"Spokój jest jak ulotna mgła, zbyt rzadko przebiegająca przez pasmo życiowych zmagań. Nie da się jej pochwycić ani zobaczyć, nie da się zatrzymać na dłużej, kiedy już zniknie bezpowrotnie, rozmyta wiatrem niepewności. Ale jest. Bywa. (...) Spokój to pewność, że pochwycisz moją rękę, gdy wyciągnę ją do ciebie."

Podsumowując: "Ostatnia spowiedź" to książka niezwykła - a zwykła. Opowiada o historii, która ma szanse się zdarzyć.. ale jednak tego nie robi, o historii o - ni mniej ni więcej - życiu. Wyznacznikiem akcji nie jest tu żaden zły wróg.. tylko wady ludzkie. Książka zmusza do przemyśleń; pozostawia pewność, że niczego takiego jeszcze się nie czytało...

Komu bym poleciła? Wszystkim.. może oprócz szukających ambitnej lektury -jest to po prostu opowieść o wzlotach i upadkach w miłości oraz o spełnianiu marzeń. 

Oceniam na 9/10. Czekam na kolejny tom. 


Wyzwania: 

Przeczytam tyle, ile mam wzrostu ---> 2,2 cm.

***
To chyba ostatni post przed moim wyjazdem do Zakopanego (bo nie sądzę, żebym do piątku uwinęła się z "Przeminęło z wiatrem"). Macie na razie spokój ode mnie ;) Jeszcze nie wiem, jakie książki ze sobą zabrać.. jakieś propozycje? Myślałam o "Pięknych istotach", żeby zdążyć jeszcze przed filmem. Czytał ktoś? Warto?

A tak jeszcze na marginesie: obejrzałam wczoraj film "Życie pi". Teraz dopiero żałuję, że obejrzałam nie czytając oryginału, bo czytanie teraz byłoby już bez sensu.. film niezły, ale nie powalający. Oglądaliście może? Jak wrażenia?

piątek, 11 stycznia 2013

Magiczna gondola

Wenecja. Pary kryjące się w klimatycznych uliczkach, obserwujące gołębie na placu Świętego Marka. I oczywiście korzystające z usług gondolierów przepływających pod licznymi mostami. Dla niektórych szczyt marzeń, prawda?

 Jednak Anna nie prosiła się o pobyt w tym mieście zakochanych. Przyjechała z musu - razem z rodzicami, którzy przybyli, by pracować. Po obskoczeniu wszystkich możliwych kościołów i muzeów, dziewczyna zaczyna się nudzić. Czeka na dzień regata storica. Gdy wreszcie wyczekany dzień nadchodzi, zauważa czerwoną gondolę - czy czasem wszystkie nie powinny być czarne? Wsiadając wpada do wody... i ani się obejrzy, wyląduje w przeszłości, o całe 500 lat wcześniej. Czeka tam na nią piękny chłopak imieniem Sebastiano, którego widziała już w przyszłości. Po wielu namowach zdradza, że Anna została wybrana; ma do wykonania misję. Jeśli nie uda jej się wypełnić ją, nigdy nie wróci do domu... 

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się rewelacji po "Magicznej gondoli". Moje serce podbiła przepiękna okładka i mnóstwo pozytywnych recenzji. Miałam też miłe wspomnienia z wydawnictwem, któremu zawdzięczamy niezastąpioną Trylogię Czasu. 
Tak, niezastąpioną. Uważam tą historię za niezwykle podobną do historii Gwendolyn. Zdecydowanym błędem było mianowanie jako tłumaczki Agaty Janiszewskiej, która tłumaczyła również i wyżej wspomnianą Trylogię. Przez to styl jest bardzo podobny do znanej już mi przecież powieści. 

Bohaterki nie lubiłam od początku i niezbyt się to zmieniło nawet po niecałych pięciuset stronach... denerwowała mnie swoim uzależnieniem od iPoda (swoją drogą, dlaczego w niemal wszystkich książkach PR bohaterki posiadają mp4 od apple'a? -,-), nadmiernym używaniem współczesnego słownictwa... nie byłam w stanie się z nią utożsamić. Poza tym Anna to kolejna bohaterka, która nigdy nie miała chłopaka, która czeka na pierwszą miłość. Litości, ile jeszcze będzie takich postaci?...

Początek uważam za fatalny. Potem akcja toczyła się coraz szybciej, ale mimo to nadal była niewiarygodnie powolna. Pierwszą połowę książki czytałam znużona, z poczucia obowiązku dokończenia zaczętej opowieści. Jednak później - przyznaję - nawet mnie zainteresowała.

Kolejnym minusem jest słabo rozwinięty wątek miłosny. Okładka informuje (jak i inne okładki książek z serii), że pozycja jest o "miłości", "tajemnicy" jest "historią poza czasem"... o ile dwa ostatnie stwierdzenia się zgadzają - to gdzie ta "miłość"? Do mniej więcej początku 3 części (książka została podzielona na 4 części, co uważam za kolejną wadę. Jeszcze bardziej zmniejszało to prędkość czytania) uważałam, że dziewczyna nienawidzi Sebastiana (który nawiasem mówiąc miał baaardzo schematyczny wygląd i mroczną przeszłość - jak to bohater takich dzieł..)! Jeśli chodzi o gorące sceny - również ich nie było. Przez całą książkę para pocałowała się tak mało razy, że można by to policzyć na palcach jednej ręki. I pod tym względem chyba rozczarowałam się najbardziej. 

Żebyście nie myśleli: zalet też trochę było. Koncepcja na tzw. blokadę - kiedy Anna chciała wypowiedzieć jakieś słowo z przyszłości, zamieniało się ono na odpowiednik z przeszłości (np. zamiast iPod - lusterko, zamiast film - sztuka kostiumowa). Uważam to za świetny pomysł. Dalej: akcja tocząca się w Wenecji, zamiast w Londynie czy Nowym Yorku - nareszcie coś świeżego. Dla mnie to dodatkowy plus, ponieważ miałam przyjemność zwiedzać Wenecję. Wiedziałam o czym mowa :) Ah, zapomniałam o najważniejszym: o humorze. Muszę przyznać, że co jak co - ale poczucie humoru to Eva Voller ma :) Nawet najnudniejsze sceny zaopatrzone były w porcję żartów, czego skutkiem było moje ryczenie ze śmiechu przez całą długość książki. :)

Podsumowując: nie powiem, że "Magiczna gondola" specjalnie mi się podobała. Były momenty, w których chciałam ją cisnąć na drugi koniec pokoju i nie podnosić... jednak ma w sobie pewien rodzaj specyficznej magii, która mnie przed tym powstrzymywała. Koniec nie był ani zaskakujący, ani nieprzewidywalny, ale nie był zły i podniósł moją ocenę dzieła pani Voller. 
Koniec końców "Magiczną gondolę" oceniam na 6/10. Jeśli nie czytaliście jeszcze Trylogii Czasu, "Gondola" może się wam wydać oryginalniejsza i ciekawsza niż mi :)

Do wyzwania "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu": książka ma 3 cm :)



PS. Biorę udział w konkursie <KLIK>, w którym można wygrać "Ostatnią spowiedź"! Zapraszam tam wszystkich! :D


czwartek, 3 stycznia 2013

Gorączka

Gorączka kojarzy się z przeziębieniem, chorobą. Niektórzy cieszą się wraz z jej przyjściem, ponieważ jest obietnicą kilku dni spędzonych pod ciepłą kołdrą. Ale żeby o gorączce napisać książkę - co więcej: książkę z niemalże samymi pozytywnymi recenzjami? Challenge accepted! Można! :)

Ewa nie czuje się dobrze wśród swoich rówieśników, podobnie z matką, ojczymem i ich synem. Prowokuje wydalenia ze szkoły.. aż trafia do tej "właściwej". Czuje się jak w raju wśród najnowocześniejszych pomocy naukowych - w tym mikroskopu kwantowego. Obserwuje pod nim tajemniczy wirus, który według wszelkich praw logiki nie powinien istnieć. Czy to pech, że ten wirus ją dopada? Dziewczyna przechodzi śmierć kliniczną, jednak udaje jej się "obudzić". Postanawia dowiedzieć się wszystkiego o wirusie.

Jest rok 152. Sethos Leontis jest gladiatorem. Na arenie w Londinium ma zdobyć swój dziewiąty wieniec laurowy. Mimo młodego wieku może pochwalić się statusem jednego z najlepszych wojowników. Zdarza się jednak.. wypadek. Seth zostaje ranny, dopada go tajemnicza choroba. Zostaje odebrana mu jego ukochana, a z czasem chłopak umiera. Jednak czy na pewno jest martwy? Trafia do dziwnego, jakby równoległego świata..

A z czasem losy tej dwójki się połączą... czy to aby pierwszy raz?


"Gorączka" autorstwa Dee Shulman została podzielona. Narratorem części powieści jest Ewa. Co jakiś czas jednak (z czasem coraz częściej) pojawiają się rozdziały z narracją trzecioosobową, z perspektywy Setha. Jednak coś, co na dłuższą metę jest bardzo dobrym pomysłem, nie od razu przypada do gustu. Czytając pierwsze sto stron ciężko jest się zorientować, o co właściwie chodzi w rozdziałach poświęconych Londinium. Chociaż nawet gdy wiedziałam już o czym czytam.. cały czas wolałam opowieść oczami Ewy.. chyba po prostu wolę narrację pamiętnikarską.
Rozdziały były bardzo krótkie - często na dwie, trzy strony. W sumie to 76 rozdziałów. Trochę dużo, nie uważacie? Plusem jednak jest nazywanie każdego z nich. Wiem, jak trudno jest wymyślić tytuł, a tytuł dla każdego rozdziału? Niestety teraz coraz częściej tytuł to po prostu 'rozdział XII'.. 

Wydawać się może, że opowieść jest schematyczna - np. matka, która woli nowego męża od własnej córki.  Kto wie, może naprawdę jest? Ale po przeczytaniu książki traci się chęć na zastanawianie się nad czymś tak przyziemnym.. pozostaje tylko ochota na kolejny tom (swoją drogą, ciekawe kiedy premiera!).

Chyba już się zorientowaliście, że "Gorączka" mi się podobała. I chociaż teraz można powiedzieć, że pieję nad nią.. nie od początku tak było. Pierwsze sto stron było niezrozumiałe i nudne, ciężko było się wczuć w świat Ewy i Setha, nie chciało mi się aż czytać dalej. Ja jednak nie należę do osób, które kupując dobrze ocenianą książkę martwią się nad prawdziwością tych stwierdzeń.. ja kupuję i przygotowuję się na cudowną, kilkudniową przygodę. Nawet jeśli początek mi się nie podobał, myślałam "zostało jeszcze 350 stron, na pewno stanie się coś ciekawego"! No cóż - zdarzyło. I to niejedno. Ale trzeba też dodać, że szybko czytało się nawet te niezrozumiałe strony, choć może nie aż z taką  przyjemnością. 

"Gorączka" daje do myślenia, jeśli chodzi o Ewę jako uczennice. Była bystra, piekielnie bystra (tak, tekst ze "Sprężyny" pani Musierowicz ;D). Jednak nie odnajdywała się w szkołach, pyskowała i buntowała ze smutku spowodowanego sytuacją rodzinną i niezrozumieniem. A ile takich sytuacji zdarza się i w polskich szkołach? Trochę demotywujące... 

Ktoś jest jeszcze nieprzekonany? Mogę podać więcej zalet! 
Tak więc: prosty, przystępny język, dużo dialogów, ograniczenie opisów (nie ma sposobu by wydały się za długie czy nudne, kiedy się już pojawiają są bardzo obrazowe i ciekawe), akcja dzieje się w Anglii, a nie w Stanach (nareszcie!!). Książka zainteresowała wirusami nawet mnie, zdecydowaną przeciwniczkę nauki biologii w szkole. Stało się również tak, że akurat wczoraj miałam na historii temat o starożytnym Rzymie.. wiedziałam prawie wszystko, co mówił nauczyciel - dzięki "Gorączce". I była to miła odmiana :)

Na drugi tom poczekamy pewnie rok, może nawet dwa? Jednak myślę, że będzie warto. Czy to przypadek, że nazwany będzie "Delirium"? Póki co "Delirium" autorstwa Lauren Oliver jest najlepszą książką jaką czytałam, może to Dee Shulman będzie równie dobre? ;)

"Gorączka" należy do książek, których nie da się przestać czytać. Kiedy po północy oczy się już zamykają, zaczyna się walka mózgu z sercem: serce krzyczy "chcę jeszcze, chcę jeszcze!", a mózg "daj spokój, jest już późno!'.
I serce wygrywa :) 

Jeszcze raz: polecam wszystkim! 
Oceniam na 8/10. 

Do wyzwania "Przeczytam tyle ile mam wzrostu" : "Gorączka" mierzy sobie 2,8 cm :) 

piątek, 7 grudnia 2012

Finale

Finale czekało na swoją kolej przez kilka tygodni. Gdybym wtedy znała zawartość książki, rzuciłabym od razu wszystko i zaczęła czytać. 
Niestety - odwlekałam lekturę ostatniego tomu bestsellerowej sagi "Szeptem", ponieważ... bałam się, że zbyt dużo czasu minęło i wszystko zapomniałam. Poprzednich trzech tomów nie mam na własność i nie miałam możliwości przeczytania ich ponownie, dla przypomnienia. 
Żeby z takiego błahego powodu pozbawiać się czystej przyjemności!
Ale o tym zaraz.

Nora pewnego dnia spotyka Patcha. Jest przystojny, tajemniczy i nieziemsko seksowny. Po wielu przeciwnościach stających na ich drodze... nie, wciąż nie mogą być razem. 
Jest jeszcze wojna - Nefilów i upadłych aniołów. 
Bohaterka już w "Ciszy" stała się Nefilką. Po której więc stronie stanie para? Nie można zapominać o tym, że to właśnie ona ma poprowadzić popleczników swojego zmarłego ojca. 
Inaczej Nora i Patch zostaną rozdzieleni.
Na wieki. 


"Normalność skończyła się wraz z chwilą, kiedy w moje życie wkroczył Patch. Mój chłopak jest ode mnie wyższy o głowę, ma analityczny umysł, jest zwinny jak kot i mieszka sam w supertajnym szpanerskim apartamencie pod parkiem rozrywki w Delphic. Jego głęboki seksowny głos sprawia, że miękną mi kolana. Co więcej, Patch jest upadłym aniołem. Wyrzucili go z nieba, ponieważ zbyt swobodnie podchodził do panujących tam zasad. Jestem przekonana, że kiedy Patch pojawił się w moim życiu, normalność po prostu przestraszyła się i zwiała."


Zacznę od okładki. Jednym słowem: przepiękna. Według mnie druga najlepsza w rankingu okładek książek "Szeptem" (pierwsze miejsce przyznałam "Ciszy").  Nora w rozwianych włosach i takiejż białej sukni oraz Patch nagi od pasa w górę, mogą podbić poziom adrenaliny jeszcze przed rozpoczęciem lektury :)

Wbrew moim obawom, błyskawicznie weszłam z powrotem w świat Nory i Patcha. 
A teraz dwa słowa określające całą fabułę książki: wojna i miłość. Czyli - według starej zasady - wszystkie kroki dozwolone. 
Bohaterowie posługiwali się swobodnym językiem, dzięki czemu umożliwione było błyskawicznie zapoznawanie się z kolejnymi stronami bez zastanawiania się nad sensem archaicznych słów. 
Czymś zupełnie innym jest sam temat upadłych aniołów. Bo, bądźmy szczerzy, mówi się o nich od czasów powstania Biblii! A jednak zdrajcy niebios zasłynęli dopiero po opublikowaniu powieści pani Fitzpatrick.
Becca miała pomysł, genialny pomysł. 
Ale pomysł to jedno. 
A umiejętność przelania swojego pomysłu na papier w sposób niewiarygodnie cudowny, to zupełnie co innego. 

Czytelnicy sagi "Szeptem" (w tym ja!) okrzyknęli cykl najlepszym pośród dzieł nowego gatunku literackiego zwanego "paranormal romance". Romans - bo między bezzwłocznymi zwrotami akcji i wszelkiego rodzaju intrygami, wpleciona jest wieczna miłość naszej dwójki kochanków. Która z nas nie chciałaby słuchać, jak Ten Jedyny zwraca się do ciebie per "Aniele"? 

Kolejnym plusem jest poczucie humoru autorki. Nie raz i nie dwa czytelnik "Finale" parsknie głośnym śmiechem, by następnie przypominać sobie dany moment przez cały wieczór :) 

I - koniec. 
Powiem tak: lepszego nie wymyślił by nikt na całej kuli ziemskiej. Więcej nie powiem. 

Po przeczytaniu epilogu, poczułam łzy spływające po policzkach i poczucie wielkiej krzywdy, niesprawiedliwości - "Jak to KONIEC?". 
Świadomość, że więcej z Patchem i Norą się nie spotkamy, naprawdę może sprawiać ból.
Można z czasem do nich wrócić... ale nic nie zastąpi magii pierwszego przejścia przez książkę :)

Chyba nikogo nie zdziwię, jeśli powiem, że "Finale" oceniam na 10/10. 
Polecam WSZYSTKIM!


Jeszcze informacja na koniec: kilka dni temu świat obiegła wiadomość, że "Szeptem" zostanie sfilmowane i przeniesione na wielki ekran. Jak myślicie, kogo obsadzą do roli Patcha? :D