niedziela, 12 maja 2013

O ulubionej książce, czyli dlaczego kocham "Przeminęło z wiatrem"

Post bierze udział w konkursie organizowanym przez CupoNation oraz kreatywa.net.

Ulubiona książka to taka, której nie wymienisz (a tym bardziej nie sprzedasz!) nigdy, chcesz ją mieć zawsze przy sobie, i wracasz do niej duuużo razy... Bardzo często jest to ta, która zmieniła Twoje życie w taki czy inny sposób. Mole książkowe często twierdzą, iż wskazanie swojego ulubieńca jest niemożliwe, porównują to do wybrania najukochańszego dziecka matki. Ja jednak nie mam z tym problemu i bez wahania mogę oznajmić wszem wobec: moim ulubionym utworem jest "Przeminęło z wiatrem" pióra Margaret Mitchell. 

Z pozycją tą zapoznałam się stosunkowo niedawno, bo zaledwie trzy miesiące temu. Sięgnięcie po nią było właściwie przypadkiem: pragnęłam nadrobić swoje braki w klasyce literatury, a z książek pasujących do tej kategorii posiadałam tylko tę. Pierwsze 200 stron było dla mnie wręcz męczarnią, ale mogę pochwalić się książkową determinacją - zawsze kończę rozpoczęte dzieła. Co więc zastałam na pozostałych 1000 stronach, że "Przeminęło z wiatrem" zyskało ten zaszczytny tytuł i takież miejsce w mojej biblioteczce?

"Scarlett O'Hara nie była piękna, ale mężczyźni, zadurzeni w niej tak jak dwaj młodzi Tarletonowie, rzadko zdawali sobie z tego sprawę."

Fabuły chyba nikomu nie trzeba streszczać; śmiem twierdzić, iż zna ją każdy. Te kilka zdań napiszę wyłącznie w celu przypomnienia: Scarlett O'Hara to rozpieszczona, pewna swoich wdzięków młoda kobieta, mieszkanka Południa, zakochana po uszy w Ashley'u Wilkes'ie. Odrzucona przezeń, w złości wychodzi za Karola Hamiltona, notabene szwagra Ashley'a. Wtem nad Stanami zawisa mroczne widmo wojny secesyjnej. Piękne i niepowtarzalne Południe przemija z wiatrem... 

Opis nie każdego może zachęcić, fakt. "Nie przepadam za powieściami historycznymi", powiecie. A ja na to odpowiem: ja też nie przepadałam. Co więcej, nie znałam ich nawet! Historia mnie odrzucała! Wyobraźcie sobie więc, co ta książka musiała ze mną zrobić, że niemal codziennie czytam coś o wojnie secesyjnej, z pamięci mogę wymienić ważne daty bitew i śmierci generałów (tylko Konfederatów!), a z własnym stryjem historykiem pokłóciłam się na ten temat tak, że mało brakowało do rzucania krzesłami...

Co zatem tak kocham w tej książce, poza faktami historycznymi (bo przecież ta miłość do nich przyszła z czasem)? Kocham, ni mniej ni więcej, Scarlett. Całym sercem. Ta postać jest moim ideałem człowieka. Odważna, pewna siebie, z ciętym językiem i charakterkiem. Wiedząca do czego dąży i potrafiąca osiągnąć każdy swój cel. Kobieta, której nie złamie nic. Mająca wady i wiele irytujących cech, ale... niepowtarzalna. Jedyna. 
Muszę przestać, bo mogę mówić o niej przez całą noc i jeszcze dłużej. Kiedy podejmuję temat, moja mama wygania mnie z pokoju; twierdzi, że ma Scarlett "potąd". 
Jej zaklęcie "Pomyślę o tym jutro, kiedy lepiej to zniosę" weszło do mojego codziennego słownika, stało się moją mantrą... właściwie to jedynym sposobem przetrwania. 
"Pomyślę o tym wszystkim jutro, w Tarze. Zniosę to wtedy lepiej. Jutro pomyślę, jak go odzyskać. Mimo wszystko, życie się dzisiaj nie skończy."

Ja w najpiękniejszej koszulce świata! <3
Jakość jest jaka jest... zdjęcie robione kamerką. 
Rett Butler to pierwowzór tak zwanych "badboyów", chociaż nazwanie tak akurat  jego zakrawa o pomstę do nieba. Jego też lubiłam, choć nie tak mocno jak główną bohaterkę. Po prostu on był od początku taki sam, a kształtowanie się charakteru Scarlett mogłam obserwować. 

Ci, którzy czytali tę książkę, zrozumieją co mam na myśli mówiąc, że "Przeminęło z wiatrem" nauczyło mnie mnóstwa rzeczy. Asertywności, konsekwentności, skutków swoich działań, rozglądania się wokół (tego ostatniego już z pewnością nie zrozumieją ci, którzy pozycję mają dopiero w planach). 

Powiem po raz kolejny: mogę tak przez całą noc. Mogę mówić o tym, jak bardzo kocham Scarlett, wojnę secesyjną (nie dosłownie oczywiście, bo jak można kochać wojnę), autorkę, Południe. Tak, jednym z moich największych marzeń stało się odwiedzenie Georgii, domu Margaret Mitchell.. zdarza mi się oglądać go przez Google Street View i myśleć "jeszcze przejdę się tą ulicą". Moim celem jest oczywiście bycie jak Scarlett O'Hara. 
" - Co się ze mną stanie, jeśli odejdziesz? - Kochanie, nic mnie to nie obchodzi "

Kocham tę książkę tak mocno, jak można kochać papierową historię, choć dla mnie nigdy taką nie była... Nie ujmę tego w słowach, co czuję przeglądając po raz enty stronice dzieła. Ponowną lekturę planuję bowiem dopiero za kilka lat...

Przeczytajcie "Przeminęło z wiatrem". Przeczytajcie, jeśli chcecie, aby Wasze życie się zmieniło, jeśli marzycie o staniu się nową osobą. Tak, to właśnie ta książka sprawiła, że jestem tym, kim jestem - jakkolwiek dziecinnie by to nie brzmiało. Przeczytajcie. Obiecuję, nie pożałujecie. 

sobota, 11 maja 2013

Cukiernia pod Amorem - Cieślakowie

Małgorzata Gutowska-Adamczyk jest dziennikarką, scenarzystką, pisarką. W ciągu dwóch poprzednich lat miałam przyjemność sięgnięcia po jej trzy książki ("Niebieskie nitki", "Wystarczy, że jesteś" oraz "13 poprzeczna"), a z ich lektury byłam wielce zadowolona. Okazało się jednak, że był to dopiero przedsmak; wręcz "przed-pokaz" pełni umiejętności pisarskich autorki. Moje serce podbiła powiem dopiero przygoda z ósmą jej książką, a przeczytaną przeze mnie czwartą - Cukiernią pod Amorem. Zachwyciły mnie opisy  dziewiętnastowiecznych rodów mazowieckich, przedwojennej Polski, tajemnicy rodzinnego pierścienia...

Tak, Iga wciąż nie rozwikłała zagadki Pierścienia Salomei. Dodatkowo na jej barki spada ciężar uświadomienia ojcu, kim naprawdę jest jego kochanka. 
A 100 lat wcześniej... 
Przełom XIX i XX wieku. Poznajemy dalsze losy Marianny, która w obawie przed niesławą uciekła do Ameryki, a po pewnym czasie - i jej syna, Paula, który w przypływie patriotyzmu i ducha walki postanawia powrócić do Polski, kiedy zawiśnie nad nią widmo pierwszej wojny światowej. 
Po raz kolejny spotykamy także Tomasza i Adę Zajezierskich oraz obie siostry hrabiny. Córka tej starszej, Grażyna, z wiekiem staje się słynną, międzynarodową aktorką! Jej kariera rozkwita podczas dwudziestolecia międzywojennego, a ona pozostaje zakochana w dwa razy starszym od siebie mężczyźnie, ojcu jej przyjaciółki! 

Zacznę od tego, że nie miałam wątpliwości, iż książka ta będzie rewelacyjna. Pytanie właściwe brzmiało: czy będzie ona odbiegać poziomem od poprzedniczki? 
Stopniowo zapoznając się z plastycznymi i barwnymi opisami miejsc, sytuacji, a przede wszystkim XIX wieku, który po prostu ubóstwiam; ozdobnym, pełnym wyobraźni, wręcz poetyckim stylem pisania autorki (i co najważniejsze: adekwatnym do epoki, czyli innym podczas zaborów i wojny, a innym podczas rozwiązywania zagadki pierścienia), jej humorem, trafnymi spostrzeżeniami, realizmem całości, stwierdziłam, że nie. Z satysfakcją powiem, iż pani Małgosia stanęła na wysokości zadania.
Co do wspomnianego realizmu: sugeruje go zwłaszcza nazwisko autorki. Miejsce akcji to bowiem Gutowo, a nazwisko założycieli miasteczka brzmi: Gutowscy. Teraz tylko zgaduję, ale może historia Zajezierskich jest zasłyszaną w jej rodzinie legendą?
"To zadziwiające i nie do uchwycenia w słowach, przynajmniej dla mnie, który nigdy nie byłam w tym dobry, ale wiesz, mam wrażenie, że po pięćdziesiątce człowiek nagle zaczyna tracić nieśmiertelność."

Za kreację bohaterów Gutowska-Adamczyk mogłaby dostać medal. Z tak wielką ilością postaci chyba się jeszcze nie spotkałam! Na początku ciężko jest się połapać kto jest kim, ale pod koniec utworu problem znika. Co więcej: wszystkie persony traktuje się jak starych znajomych! 
Wszyscy bohaterzy są dopracowani, każdy ma swój oddzielny charakter, motywy działań, odczucia i emocje; nikt nie jest zapomniany i bierze jakiś udział w głównej historii dotyczącej pierścienia. Szczególnie bliska była mi córka Kingi Bysławskiej - Grażyna Toroszyn o pseudonimie Gina Weylen. Konsekwentnie dążyła do swoich celów i spełniała marzenia, nie poddawała się, (spoiler) nie załamała po śmierci ukochanego (koniec). Cechowała się porywczością, gwałtownością. Uwielbiam takie postacie, ale nie nazwałabym jej ideałem - wszak Scarlett O'Hara jest tylko jedna. 

Czymże byłaby książka, gdyby zabrakło w niej miłości? Nie wyobrażam sobie takiego dzieła. Na szczęście "Cieślakowie" są dokładnym przeciwieństwem tego okrutnego dla czytelnika utworu. Miłość, ku mojej uciesze, jest tu właściwie głównym tematem. Książka ukazuje jej wszystkie oblicza, wszystkie zalety i wady. A że akcja dzieje się w XIX wieku - tym lepiej. Małżeństwa z konieczności doskonale sprzyjają pikantnym wątkom zdrad. 

Temat wojny został przedstawiony poważnie i naturalnie. Nie z historycznego punktu widzenia, choć dużo faktów również się przez stronice przewinęło. Od, że tak powiem, kuchni. Głód, bieda, kłamstwa okupantów. Żal po stracie bliskiego żołnierza na froncie. Śledząc losy cywilów z wszystkich wojen świata przeczytalibyśmy dokładnie o tym samym. Po lekturze "Cukierni pod Amorem" doszłam bowiem do wniosku, że każda wojna jest identyczna. 

Podsumowując: drugi tom "Cukierni pod Amorem" nie rozczarował mnie. Przeciwnie, zachwycił! Od lektury nie można się oderwać, ponieważ niesamowicie wzbudza emocje. Z radością skonstatowałam również, że wiele tajemnic się wyjaśniło, ale tyleż samo pozostało nieodkrytych. Z przyjemnością sięgnę po tom trzeci w nadziei, że dowiem się już wszystkiego. "Cieślaków" polecam tym, którzy kochają czytać z zapartym tchem... czyli chyba spokojnie mogę powiedzieć, że wszystkim.

Moja ocena: 9/10

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 2,6 cm
Z literą w tle

poniedziałek, 6 maja 2013

Tędy do raju

Dom to instytucja, o której marzy wielu. I bynajmniej nie chodzi tu o dach nad głową (który też jest obiektem pożądania, ale to już inny temat). Mam na myśli ciepło domowego ogniska, zasiadanie z rodziną - bo tylko ona będzie przy tobie zawsze - przy kominku (lub, jeśli go brak - stole) i dzielenie się wrażeniami dnia... Kusząca perspektywa, nieprawdaż? Szkoda tylko, że prawdziwy dom jest już zjawiskiem coraz rzadszym...


Piętnastoletnia India Jones wraz z rodzicami-bankrutami przeprowadza się po raz kolejny. Tym razem "przystankiem" został londyński dom jej ciotki. Niestety, dziewczyna nie ma okazji poznać bliżej nowe miejsce, bo zajęci nowymi pracami rodzice zrzucają odpowiedzialność opiekowania się nastolatką na barki wspomnianej już wyżej cioci, przebywającej wtenczas w Grecji. India spotyka w samolocie chłopaka - Joe'go - poznanego w Londynie... Tylko dlaczego zawsze w jego obecności robi coś głupiego? Wyobcowana, osamotniona i przytłoczona brakiem zainteresowania rodzicieli, dziewczyna zapisuje się na kurs medytacji. Marzy o znalezieniu siebie, pogodzeniu się z rzeczywistością; odpowiada na pytania o sens życia, miłość i szczęście. 


Książka ta zalegała na mojej półce od dobrych kilku lat. Postanowiłam zmienić ten stan rzeczy, ale bynajmniej do lektury mnie nie ciągnęło. I z przykrością muszę stwierdzić, że... miałam rację.


Pierwszym co rzuciło mi się w oczy, była kreacja głównej bohaterki oraz jej najlepszej przyjaciółki (bądź co bądź nieodzownej w tego typu utworach...). Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego! Piętnastolatki okazały się być pustymi, infantylnymi dziewczynami, obowiązkowo tragicznie niezrozumianymi przez świat, czekającymi z upragnieniem na pierwszą miłość, z dwoma tematami do rozmowy: chłopcy i ubrania. Szczerze mówiąc myślałam, że autorkę stać na więcej oryginalności. Dodatkowo obie nastolatki miały niepokojąco ubogie słownictwo; co drugi wyraz był kolokwializmem (chociaż może lepsze to niż wulgaryzmy, których na szczęście nie było wcale). Przykład? "Ma 17 lat (...) i jest totalnie super", "przyjrzawszy się mu stwierdziłam, że wygląda superbosko". Takich określeń nie używają nawet prawdziwi nastolatkowie, więc można wnioskować z tego to, iż pani Hopkins ma bardzo niskie o nas mniemanie. 
Kolejną wadą będzie schematyczność - m.in. rodzice nie mający czasu dla córki. Tak, to jest smutne, ale nie widzę potrzeby, aby wciskać ten problem w już i tak szablonową historię. Złość na rodziców, bunt, czy - przy tej sytuacji przymknęłam oczy i wyszeptałam 'błagam, tylko nie to' - zakochanie się od pierwszego wejrzenia, w zupełnie obcej osobie, poznanej (czy też raczej: spotkanej) w minimarkecie.  Można ironicznie rzec: jak romantycznie. Ponadto obiekt uczuć bohaterki był tak zwanym "badboyem", czyli typem spod ciemnej gwiazdy, za którym ciągnie się sznut złamanych serc. To zauroczenie się samo w sobie było sztuczne, ale kiedy India wciąż potykała się, oblewała napojami, czyli słowem: wygłupiała przed Joe'm, moja nadzieja na wyższy poziom w głębi książki umarła. 
Spodobał mi się natomiast pomysł na kurs medytacji. Mądrości Sensei'a (krótkie refleksje dotyczące życia i naszego pobytu na Ziemi) były trafne i prawdziwe; wymagały też chwilowego zastanowienia się. Zaletą jest tu także długość utworu: 200 stron, które czyta się szybko acz niechętnie. Summa summarum nasza droga przez mękę trwa jednak tylko jeden dzień, a tyle można jeszcze wytrzymać.

Podsumowując "Tędy do raju" to książka pozbawiona jakiegokolwiek potencjału, którą ma się ochotę wyrzucić przez okno po pierwszych 10 stronach... Oceniam ją na 4/10. Nie poleciłabym jej nikomu - chyba, że miłośnikowi gatunku, a i to nieszczególnie. Moim zdaniem nie nadaje się ona nawet jako lekka lektura na plażę, bo kiedy utwór jest kilka razy lżejszy aniżeli powinien, to też nie jest dobrze. 

Wyzwania:
 Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 1,6 cm

sobota, 4 maja 2013

Dzieci Cienie: Wśród zdradzonych, Wśród notabli

Od zawsze powtarzam: ludzie nie doceniają tego, co mają. Potem to tracą i zaczyna się żal do siebie. Bo czy ktoś, kto nigdy nie chorował, a nagle zapadł na śmiertelną chorobę, cieszył się kiedykolwiek prawdziwie ze swojego bijącego serca? Czy szczęściarze mieszkający koło biblioteki i nie korzystający z niej wiedzą o swoim farcie? Chociaż to trochę co innego, bo oni nie widzą nawet, co tracą.. Ale czy Ty, który czytasz te słowa, w pełni doceniasz szczęście mieszkania w domu, prawo wychodzenia na ulicę, możliwość najedzenia się do syta?

Przy tym ostatnim przykładzie zapewne skrzywiliby się Luke Garner oraz Nina Indi, nielegalne - z powodu powszechnego (ale czy na pewno?) głodu - trzecie dzieci. Ukrywać musieli się od zawsze - aż do momentu zdobycia fałszywych dokumentów. Wtedy dwójka trzynastolatków zaczęła na własną rękę walczyć o swoje prawa, pokonując wszelkie trudny - od pierwszego zakochania się, po wszechobecną fałszywość.  Wszystko po to, by kiedyś wyjść na ulicę z dumnie podniesioną głową i zamiarem wykrzyczenia światu "jestem trzecim dzieckiem!" bez konsekwencji na horyzoncie.

Na pierwszy tom (a właściwie to dwa) serii trafiłam właściwie przypadkiem - wygrałam go w konkursie. Gdyby nie ten zbieg okoliczności, prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po książkę. Moje zdanie na jej temat było pozytywne, aczkolwiek nie entuzjastyczne. Czy poziom dwóch kolejnych części serii poświęconej tak zwanym "cieniom" odrasta od poziomu pierwszych?

W tym momencie powinnam napisać, co czułam na pierwszych stronach powieści. Niestety, nie mogę tego uczynić, ponieważ zapoznanie się z kilkunastoma początkowymi kartkami zajęło mi niespełna kilka minut. Styl pisania autorki jest bowiem niewiarygodnie lekki (często odnosiłam wrażenie, że aż zbyt), niemal dziecinny. Ale dzięki temu tempo czytania jest niezwykle szybkie, a czytelnik przewraca kolejne strony już tylko machinalnie, nawet nie zauważając tej czynności. Znaczenie ma tu też wartka akcja oraz poczucie humoru pani Haddix. Co jak co, ale to trzeba jej przyznać: śmiechem wybuchałam nie raz, i nie dwa. Chociaż nawet pomimo tych zalet, nie powiedziałabym, iż nie można się od tej książki oderwać. Nie wciąga jakoś szczególnie; lekturę można przerwać w każdym momencie. Bo choć oryginalna - nie jest specjalnie ambitna. I przez to nie zostaje na długo w pamięci, a już na pewno nikt nie powie o niej "wybitna".

Wielki plus dla autorki za kreację bohaterów. Dwójka głównych bohaterów mogła pochwalić się swoją osobowością, własnymi motywami działań i uczuciami. Te ostatnie zostały ukazane bardzo dokładnie i realistycznie (zwłaszcza walka wewnętrzna i rozdarcie Niny), mimo trzecioosobowej narracji. Postać dziewczynki jednak niezbyt przypadła mi do gustu. Nie chodzi o to, że irytowała mnie. Po prostu nie przepadam za takimi personami - niepewnymi siebie, patrzącymi wstecz. Bardzo polubiłam natomiast poznanego już przeze mnie w poprzednim tomie Luke'a noszącego fałszywe imię Lee. Chłopiec był odważnym i zdeterminowanym idealistą, który dążył konsekwentnie do swoich celów. Nie sposób było nie obdarzyć go sympatią.

Kłamstwa. Kłamstwa, tajemnice, niedomówienia. Nieodzownie towarzyszą one bohaterom, są jednymi z największych walorów "Dzieci cieni". Drugi tom w dużej mierze dotyczy bowiem działań ruchu oporu. Wiele zaistniałych sytuacji ma po pięć wersji, a już zadaniem czytelnika jest domyślenie się, kto (ktokolwiek?) mówi prawdę. Odgadnięcie sprawia wielką satysfakcję, ale już samo snucie przypuszczeń jest przyjemne. 

Reasumując "Wśród zdradzonych, wśród notabli" jest utworem ciekawym, ale nie wyróżniającym się od innych tego typu historii. Poleciłabym go niewymagającym osobom, szukającym miłej acz nie prominentnej lektury oraz oczywiście tym, którzy przeczytali poprzednie części przygód Luke'a. Książkę oceniam na 7/10; mimo wszystko będę ją ciepło wspominać.

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 2,6 cm

czwartek, 2 maja 2013

Saga Księżycowa: Cinder

Czasami wydaje się, że jeśli jedna historia - jak ta o osieroconej biednej dziewczynie, balu organizowanym przez księcia i pomocy dobrej wróżki, czyli bajka zwana dalej Kopciuszkiem - obiegnie cały świat w najróżniejszych formach, to nie da się wymyślić już żadnego nowego jej wyglądu. Wyjątkiem będzie tu książka Marissy Meyer, która swoim debiutem zmieniła motto przewodnie Kopciuszka brzmiące "nigdy nie mów nigdy", na "możesz wszystko". Na pierwszy rzut oka różnica jest znikoma, ale po przeczytaniu "Cinder" robi się znacząca.

Nowy Pekin, 126 lat po zakończeniu IV wojny światowej. Całą Ziemię dręczy śmiertelna, nieuleczalna choroba - lutemosis. Cinder, szesnastoletni cyborg, utrzymuje siebie, swoją opryskliwą i wyrachowaną opiekunkę prawną oraz jej dwie córki... pracą mechanika. Pewnego dnia stragan dziewczyny odwiedza sam książę Kaito. Jednak tego samego popołudnia młodsza siostra Cinder zapada na niebieską gorączkę. Adri, opiekunka Cinder, wydaje tę ostatnią w ręce lekarzy, jako królika doświadczalnego. Równa się to oczywiście z wyrokiem śmierci. Dziwnym trafem szesnastolatka okazuje się być odporna na chorobę. Będąc w królewskim laboratorium, po raz kolejny spotyka Księcia - jego ojciec, sam cesarz, także walczy z lutemosis i w związku z tym chłopak przygotowuje się do objęcia rządu i ogłoszenia zaręczyn z okrutną królową Levaną. Wspólnota Wschodnia pragnie bowiem pokoju z planetą królowej. Cinder i Kai zaczynają się niebezpiecznie do siebie zbliżać, ale książę w dalszym ciągu nie zdaje sobie sprawy, iż dziewczyna jest cyborgiem... i tak musi zostać. Czy miłość wygra? Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim przeszłość nastolatki?

Nigdy wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że kolejna historia inspirowana "Kopciuszkiem" może być świeża i oryginalna. A jednak tak właśnie się stało. Autorka doskonale wykreowała książkową rzeczywistość osadzając miejsce akcji w przyszłości pełnej androidów, maszyn i cyborgów, dopracowując ją w każdym szczególe. Wykazała się przy tym nieprzeciętną wyobraźnią. 
Meyer pisze lekko, aczkolwiek ciekawie. Nie posługuje się wulgaryzmami czy kolokwializmami; akcja jej dzieła może pochwalić się dynamiką. Dzięki tym wszystkim walorom od "Cinder" nie sposób sie oderwać, a tempo czytania jest błyskawiczne.

Swoją rolę w wystawieniu końcowej przeze mnie oceny odegrało również stworzenie nieszablonowej, niczym nie przypominającej bajkowego Kopciuszka głównej bohaterki. Cechuje się ona pewnością siebie, rozsądkiem, umiejętnością ripostowania, władaniem sarkazmem. I co najważniejsze - nie irytowała mnie swoim zachowaniem. A to rzadko się zdarza jeśli chodzi o nastoletnie bohaterki książek. 
Polubić da się także Kaia. Perspektywa władzy nie przewróciła mu w głowie; nie uważał się za najlepszego, najmądrzejszego, najprzystojniejszego, ale nie był też sztucznie cichy czy nieśmiały. Był - tutaj wielkie słowo - normalny. Od innych baśniowych królewiczów różnił się jednak wrodzoną inteligencją. A ja to sobie cenię. 

"Cinder" jest bardzo przewidywalna, ale jest to jej cały urok. W końcu to baśń! W żaden więc sposób nie odbieram tego jako wadę. Zaskoczyło mnie natomiast niekonwencjonalne zakończenie, różniące się od finałów innych tego rodzaju historii.

Koniec końców mogę orzec, iż pierwszy tom Sagi Księżycowej jest niezwykłym utworem pozostawiającym po sobie niedosyt i chęć sięgnięcia po kolejną część. Oceniam go na 9/10 i polecam wszystkim. 
Dodam, że było to moje pierwsze spotkanie z literaturą science-fiction. I wypadło bardzo pozytywnie. 

Wyzwania: