poniedziałek, 2 czerwca 2014

Villette

Jakiś czas temu miałam przyjemność zapoznania się z Charlotte Bronte i jej siostry śpiące - niesamowitą biografią pióra Eryka Ostrowskiego, która zmieniła mój sposób patrzenia na całą twórczość sióstr. Wiele razy stwierdzono w niej, że ostatnia książka najstarszej Bronte jest jednocześnie tą najbardziej wartą uwagi, a także że dominują w niej autobiograficzne wątki autorki. Zafascynowana życiorysem Charlotte zapragnęłam zapoznać się z tym jej najlepszym dziełem. Czy Villette spełniło wszystkie moje oczekiwania?


Lucy Snowe utraciła wszystko - dom, pieniądze i rodzinę. Czując że nie ma nic do stracenia, postanawia wyruszyć do Francji. Trafia do małego miasteczka Villette i szybko znajduje pracę w postaci nauczycielki na pensji dla dziewcząt. Ma nadzieje znaleźć w niej spokój i bezpieczeństwo, jednak natrafia na wiele tajemniczych, pozornie niemożliwych zdarzeń. Także i jej serce, będące do tej pory wyłącznie wyzutą z uczuć zimną skorupą, zaczyna domagać się uczuć.

Pierwsze kilkadziesiąt stron Villette mogę porównać z najpłytszym odcinkiem rzeki, którą chce się pokonać. Robi się to z entuzjazmem oraz łatwością i nie myśli się o przyszłych trudach, lecz zwycięstwie - w tym wypadku poznaniu zakończenia. I rzeczywiście: czytając pierwsze rozdziały i smakując ten niepowtarzalny styl, którym posługiwać się może jedynie ktoś o nazwisku Bronte, niewiele myślałam o aktualnych zdarzeniach. Zajęta byłam rozmyślaniem nad mającymi nastąpić dopiero wydarzeniami, będącymi jednocześnie świadectwem tragicznego życia autorki. Jednak dopiero gdy stopa Lucy wreszcie stanęła na francuskich ziemiach, poczułam jak długa droga jeszcze przede mną. Mówiąc przed chwilą o walce wcale nie żartowałam. Siedmiuset stron najwybitniejszego dzieła Charlotte nie czyta się ani łatwo, ani lekko. Prawda jest bowiem taka, że akcja stoi tu w miejscu, a jedynymi niemal zdarzeniami są zmiany w toku myślenia głównej bohaterki. Wiele rzeczy można przewidzieć, a od lektury można nabawić się autentycznej depresji. Mimo to ukończenie Villette napełnia czytelnika satysfakcją i jednocześnie dziwnym uczuciem stuprocentowego zgłębienia natury głównej bohaterki, a więc zarazem autorki. Dopiero z przeczytaniem ostatniego zdania, gdy wszystkie wątki się łączą a tajemnice wyjaśniają, można dostrzec wielkość tej książki.

Świat względnie łatwo rozumie możność ginięcia z głodu z powodu braku pożywienia, niewielu jednak znajdzie się ludzi zdolnych pojąć i odczuć przeżycia tych, których osamotnienie i odcięcie od wszystkiego doprowadza do szału.

Kreacja Lucy Snowe jest wnikliwsza, a jej osobowość bogatsza w szczegóły niż portrety psychologiczne jakichkolwiek innych postaci fikcyjnych. Jak jednak postać literacka może być papierowa, gdy za jej maską kryje się osoba z krwi i kości? Nieraz myślałam, że zdecydowanie nie mogłabym polubić Lucy - według mnie była zbyt pesymistyczna, zbyt zrezygnowana i bez ducha walki. Marzyła o miłości, a nie robiła nic w kierunku, aby ją zdobyć. W głębi serca była wściekła na niesprawiedliwość świata, ale nawet nie próbowała okazywać swoje uczucia. Niejednokrotnie byłam znudzona jej zbyt długotrwałymi, lecz pustymi rozmyślaniami, i tyleż samo razy podziwiałam jej cierpliwość i pokorność. Wtedy przypominałam sobie też, kim jest panna Snowe w rzeczywistości. I wnioskując po Villette - w posiadaniu jakże złożonej psychiki musiała być Charlotte Bronte! Jak mocno musiała przeżywać utratę swojego ukochanego i rodzeństwa! Jak bardzo musiała mieć dość życia, aby mieć odwagę stworzyć tak bezpośrednią powieść! Przez woal tajemnicy dobiega gdzieś tu cichnące bicie serca, zastępowane stopniowo smutkiem i cierpieniem. Napełniają one czytelnika współczuciem równie mocno, co emanująca z wątków miłosnych beznadziejność; jednak nie zastanawiają tak, jak wątek nadnaturalny. Wszystko to łączy się w jeden wielki znak zapytania, domagający się odpowiedzi - jeżeli Villette jest rzeczywiście autobiografią, to jak Charlotte miała siłę żyć?

Wspominając lekturę ostatniej książki Bronte będę niestety myślała raczej o żółwim tempie czytania jej aniżeli o właściwej akcji (lub jej braku). Mimo to z pewnością żałowałabym, gdybym nie zapoznała się z Villette. Z Wami będzie tak samo - polecam więc uzbrojenie się w czas, cierpliwość oraz pełen czajnik zagotowanej wody i wkroczenie do świata Lucy Snowe!

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zrozumienia Charlotte Bronte
serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG! 


sobota, 24 maja 2014

Warszawskie Targi Książki 2014 - fotorelacja i świeżutkie nabytki ♥

Cześć! ♥

Czekałam na ten dzień odkąd w zeszłym roku naczytałam się milionów relacji, a sama nie dałam rady być! Tym razem jednak musiałam być na Targach, nie było innej opcji! I... to zdecydowanie jeden z najlepszych dni w życiu! ♥

Na początku dostałam w wejściu superszpanerską plakietkę informującą wszystkich pozostałych Targowiczów, że jestem gościem, vipem i blogerem. Pierwszy raz byłam na jakichkolwiek Targach, więc było mi bardzo miło i byłam bardzo z siebie dumna. 


Pięć minut później, kiedy tylko przekroczyłam wejście, usłyszałam telefon - to dzwoniła Kinga z Magicznego Zakątka, żeby zapytać, czy to ja właśnie weszłam. Jak widać jestem rozpoznawalna z daleka, hahah. Następnie po skonsultowaniu przez telefon z Karolką, że są dwa różne Egmonty i stoimy przy dwóch różnych, w końcu się znalazłyśmy i byłyśmy już w grupie. :) 

Od lewo: Kinga, ja, Karolka, Monika i Natalia (Owocowa)
W pewnym momencie dołączyły też
do nas Jane Rachel i Abigail:)
Zaczęłyśmy obchody po stoiskach (to znaczy ja zaczęłam, bo dziewczyny spacerowały już po stadionie od godziny). Ile ich było, ojeju! Góra książków tu i góra książków tu, a wszystkie przecenione o mniej więcej 30%! To był wielki sprawdzian na siłę woli, bo kusiło niemiłosiernie. Gdybym miała wystarczająco dużo pieniędzy, kupiłabym te całe Targi! 
Na dobrą sprawę to było niezłe życie na krawędzi. Upał i pusty żołądek, bo nigdzie nie można było nic kupić, ale czego się nie robi... ♥ Btw w tak dużej grupie nie mogłyśmy trzymać się cały czas razem, więc często rozdzielałyśmy się, aby chodzić na spotkania z autorami, którzy nas interesują. To był chyba najweselszy dzień mojego życia! Tyyle śmiechu i radości i uścisków - pierwszy raz w ogóle spotkałam się z kimś z internetów!

Z Gagatem:)
Sisterki! <3 Żmuda jak zawsze inna :C

tutaj Paulina szuka nieistniejącego wydawnictwa ♥
make my day, big love ♥
Z Kingą u pana Ostrowskiego.
Okazało się, że zna nasze blogi i pamięta nasze recenzje!



 I ostatnie z panią Gutowską-Adamczyk, moją absolutną mistrzyni. Już kiedyś byłam na spotkaniu autorskim z nią, i wiecie co?... Pamiętała mnie! Kiedy podpisywała mi książkę, nagle wypaliła "przepraszam, a czy my się już nie znamy?" - Boziu, zawał ♥
I teraz to na co czekacie - nabytki!


- Rose de Vallenord - Małgorzata Gutowska-Adamczyk - 29 zł
- Doktor sen - Stephen King - 28 zł
- Noce w Rodanthe - Nicholas Sparks - efekt wymiany ze Żmudzikiem ♥
- Poradnik pozytywnego myślenia - Mattew Quick - ok. 26 zł
- Dar Julii - Tahereh Mafi - ok. 26 zł
- Złodziejka książek - Markus Zusak - 35 zł

Najbardziej zadowolona jestem ze "Złodziejki" (nie było miękkiej oprawy, ale cena za twardą w promocji była jak za miękką normalnie, a wolę to niż tę nową paskudę) oraz "Rose de Vallenord". I w sumie to nie wiem, czemu kupiłam taki "Dar Julii", ale zawsze się przecież przeczyta :)



A dzięki temu, że Gagatek ma hopla na punkcie darmowych gadżetów, mam cały stos przegenialnych (zwłaszcza te na pierwszym zdjęciu) zakładek! Podchodzenie do stoiska, pytanie czy zakładki są darmowe, zabieranie ich i odchodzenie zawsze spoko :')

I na koniec najbardziej epickie selfie świata ♥
Dziękuję Wam strasznie za najlepszynajlepszynajlepszy dzień!
Do zobaczenia za rok (a może wcześniej?) ♥

środa, 21 maja 2014

O miłości do jeżyckich perypetii!

Rodzice czytają zwykle swoim dziecku Baśnie Braci Grimm i tym podobne książki. I mnie to nie ominęło, ale prawdę mówiąc nie utknęło w pamięci równie mocno, co Znajomi z zerówki czy Małomówny i rodzina. Może więc to zasługa tego, że proza Musierowicz towarzyszyła mi od najmłodszych lat, a może tego, że po prostu wyssałam miłość do niej wraz z mlekiem matki - jestem jednak pewna, że będzie to z wszelkim prawdopodobieństwem jedyna seria, która rzeczywiście będzie mi towarzyszyła przez całe życie i którą - mam nadzieję - będę jeszcze czytała swoim wnukom. Miłość, śmiech, ale i doza powagi - czyli dlaczego Jeżycjada podbiła moje serce.

Pomijając te pierwsze dziecięce "próby", od czegoś się zaczęło? Dobre pytanie. Chyba po prostu w wieku mniej więcej jedenastu lat sięgnęłam po Kwiat Kalafiora, który... nie spodobał mi się. Mało tego, porzuciłam go po kilkunastu stronach! Ale ze mną jest już tak, że jeśli nie dokończę jakiejś książki, to niemalże pewne, że w niedługim czasie stanie się ona jedną z moich ulubionych (patrz: Przeminęło z wiatrem). Tak więc za drugim podejściem, niezbyt oddalonym w czasie od pierwszego, byłam już zakochana po uszy. Przeczytałam wszystkie tomy, które były w domu (te po mamie) i ruszyłam do biblioteki po te nowsze. Wiele z nich przeczytałam z mamą razem. I stale do nich wracam. W ciągu ok. 4 lat (czyli odkąd pierwszy raz przeczytałam Kwiat, który jest według mnie najlepszą częścią serii) przeczytałam każdą co najmniej dwa razy, a te starsze (czytaj - najlepsze) w porywach do jakichś dziesięciu. Co więc tak kocham Jeżycjadzie?

Przede wszystkich chyba emanujące z niej ciepło, miłość - i to nie tyle tę do partnera, co do rodziny, oraz poczucie humoru, które towarzyszy bohaterom nawet w najtrudniejszych chwilach. A także przekazywane wartości. Nie jesteś pępkiem świata i nigdzie nie zajdziesz sam. Pomoc bliźnich nie jest czymś złym - tak samo jak chwila słabości. Cokolwiek by się nie działo, minie. I wszystko będzie dobrze. 
I fakt, Jeżycjada może nie wydawać się zbyt realna, bo wydaje się gdzieś pomijać całe zło świata - morderstwa, gwałty i co tam jeszcze. Ale to nie do końca tak. Są o nich wzmianki, bohaterowie też czują się przytłoczeni beznadziejnością tego wszystkiego. Jednak niejednokrotnie mówione było, że świat jest zły, ale w tym całym źle, chociaż ty musisz być dobry. I w jakiś magiczny sposób po przeczytaniu choćby jednego tomu, natychmiast przestajesz widzieć jakiekolwiek zło. Widzisz samo dobro.

Czasem, gdy jestem smutna, sięgam po swoją ulubioną książkę - Przeminęło z wiatrem. Ale gdy jestem bardzo smutna, sKwiat kalafiora. Urok czterech barwnych panien Borejko już na drugiej stronie sprawia, że śmieję się w głos. Znam całe urywki na pamięć! 
ięgam po
"Chciałabym - powiedziała Ida Borejko gorącym głosem - chciałabym być brunetką. Gdybym była brunetką, mogłabym malować usta na wiśniowo. - A tak to nie możesz wcale."
 To chyba mój ulubiony cytat, a "a tak to nie możesz wcale" weszło do mojego codziennego słownika. Podobnie zresztą jak "o mało nie zabiłeś mnie musztardą" z McDusi i wiele, wiele innych. Kocham humor płynący z tych książek, nadzieję, wiarę w ludzi. Ukazanie, że można się cieszyć z małych, codziennych rzeczy. Cuda może nie istnieją, ale razem można zdziałać wszystko. Dobro jest cholernie zaraźliwe.

Kocham też klimat poznańskich Jeżyc. Małych uliczek, ale i zatłoczonych placów. Przygotowywanych tradycyjnie pyz i odczytywanie Ewangelii w Wigilię przez najmłodszego członka rodziny. Jednak to właśnie Borejkowie zajmują pierwsze miejsce w moim sercu. Gabrysia, która jest chyba ideałem człowieka, a i tak, nawet jako dorosła, wciąż martwi się tym, jak niewiele może zrobić dla świata. A jednocześnie jest opoką dla wszystkich członków tej licznej, rudej rodziny. Ida, która jest przewrażliwioną wariatką ze skłonnościami do histerii. Cicha Nutria, która ma problemy z decyzjami, ale jest świetnym obserwatorem. Myślę, że z czterech sióstr to ona jest najbardziej do mnie podobna. No i oczywiście Pulpecja, która jest wesoła i beztroska, a jej niezdanie matury zapisało się w kronice rodziny równie mocno, co wymyślenie haseł kto mlaszcze, dostanie w paszczę oraz kto oblizuje nóż, ten nie przemówi już. 

Jeżycjada jest zawsze aktualna i zawsze prawdziwa. Ukazuje Polskę za czasów PRL, ale i tą obecną. Zmiany świata i zmiany bohaterów. Wszystkich, oprócz Mili i Ignacego. Ona cicha, pracowita, despotyczna, ale najmocniej kochająca wszystkich i starająca się im pomóc. On nieobecny, zaczytany, wiecznie cytujący Wergiliusza i Horacego (a właśnie, dzięki tej serii można nieźle podszkolić się z łaciny!) ale tak bardzo rozczulający. To nieodłączne "Milu, serce moje" i bezbłędne rozpoznawanie cytatów adresatki wyznania. Ich miłość jest idealna, wieczna, nieprzemijająca. Może Scarlett i Rhett są najpiękniejszym przykładem historii miłosnej, ale na pewno nie miłości jako takiej. A oni - tak. Chciałabym znaleźć kogoś, kto kochałby mnie jak Ignacy swoją Milę. 

Jeżycjadę polecam wszystkim, którzy pragną zakochać się w jakiejś serii na zabój. Przypomina ona promyk słońca, który daję nadzieję na polepszenie się świata, gdy ten tonie w szarości. Mogę obiecać Wam dużą dozę śmiechu, ale i trochę powagi, a nawet łez. Ale nie tych smutku, raczej nostalgii. I przykro mi, ale uważam, że jeśli jej nie polubicie, coś jest z Wami nie tak. 

niedziela, 18 maja 2014

Szybki przedtargowy stos!

Ze względu na coraz bardziej zbliżające się Warszawskie Targi Książek (#5dni!) postanowiłam zrobić zdjęcie moich ostatnich zdobyczy. Nie mam pojęcia, o ile książek wzbogacę się w następną sobotę, ale jestem pewna że nie będzie ich mało - a kadr mojego aparatu ma ograniczoną wielkość :) 



  • "Kłamczuchy" - Sara Shepard - z Finty
  • "Villette" - Charlotte Bronte - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa MG. Rano zaczęłam:)
  • "Kalamburka" - Małgorzata Musierowicz - misja "Skompletować Jeżycjadę", z Finty. Wczoraj skończyłam czytać po raz kolejny i po raz kolejny jestem tak zachwycona, że mam już w głowie zarys postu o mojej miłości do tej serii ♥
  • "Kręte ścieżki" - Lisa Jackson - wygrana w konkursie na Head over heels with books : )
  • "Jesienna miłość" - Nicholas Sparks - z biblioteki
  • "Wołanie kukułki" - Robert Galbraith - j.w.
  • "Ostatni bastion Barta Dawesa" - Richard Bachman (Stephen King) - znaleziona w domowej biblioteczce
  • "Kot wśród gołębi" - Agatha Christie - j.w.

+ widoczna na zdjęciu lampka, którą można doczepić do książki bądź czytnika, i jest idealna do czytania w słabo oświetlonym pokoju lub w podróży. Genialny gadżet dla wszystkich książkoholików, gorąco polecam! (I dziękuję za pomoc, Jane!) 





Na dzisiaj tyle. Wieczorem trochę się pouczę do fizyki i poczytam Villette - w tygodniu nie mam za dużo czasu na to, bo 4 razy w tygodniu mam próby przed Hiszpanią (do której jedziemy jako Dziecięcy Zespół Tańca Ludowego w Rykach), a w czerwcu próby mają się jeszcze nasilić. Poza tym w najbliższych tygodniach czekają nas jeszcze dwa miejscowe koncerty. Nie jest łatwo połączyć to z czytaniem i blogowaniem, ale dla moich pasji zawsze znajdę czas! 
Poza tym muszę się zdecydować na którąś spódnicę na sobotę, bo Karolka najwidoczniej zadecydowała za wszystkich blogerów, jak się mają ubrać XD
Do zobaczenia ♥



piątek, 16 maja 2014

Miasteczko Salem

Kto jest tu ze mną od początku, zapewne wie, iż na początku swojej blogowej kariery strasznie jarałam się fantastyką, na czele z paranormal romance (wolę do tego nie wracać...). Wszyscy wiecie pewnie, czym cechuje się ten gatunek - "niegrzeczny" chłopak wilkołak/upadły anioł/wampir, który jest "grzeczny" dla swojej ukochanej, ratuje wraz z nią świat. W końcu jednak powtarzająca się w kółko niemalże ta sama historia zaczęła mi się przejadać i doszło do tego, że od ponad roku nie zbliżam się do tych powieści. I z całym szacunkiem dla fanów, ale nie wiem, co w nich widziałam. Dzisiaj napiszę jednak o jednej z książek, dzięki którym pomysł na PR w ogóle powstał. O klasyce horroru z najwyżej półki. O Miasteczku Salem Stephena Kinga. 

Ben Mears po wielu latach wraca do Jerusalem, małego miasteczka z którego pochodzi. Góruje nad nim przerażający opuszczony Dom Marstenów, w którym doszło kiedyś do okropnej tragedii. Mężczyzna wiąże z nim swoje najgorsze wspomnienia, a wraz z przyjazdem ma nadzieje na rozwianie demonów przeszłości. Nie spodziewa się jednak, że Zło nigdy nie śpi i że w Salem mogą kryć się siły, o których istnieniu nie miał pojęcia.

"Sam. Tak, to kluczowe słowo, najokropniejsze w całym słowniku. "Zbrodnia" brzmi w porównaniu z nim zupełnie niewinnie, a "piekło" stanowi jedynie bardzo odległe, łagodne skojarzenie."

Nie zaczęło się - tak jak zwykle - niewinnie. Prolog mogę określić jako niezrozumiały, tajemniczy i zapowiadający strach. Następnych kilka rozdziałów chyba miało za zadanie mnie zmylić, bo przyniosły chwilowy spokój i zaintrygowanie. Miałam trochę problemów z rozróżnianiem poszczególnych mieszkańców miasteczka, gdyż było ich naprawdę wielu (jednak kiedy przestali być dla mnie jedynie imieniem i nazwiskiem, okazało się, że każdy z tej grupy ma zupełnie indywidualny charakter, przekonania i historię). Poza tym wtedy nie miałam pojęcia, co tak naprawdę kryje Dom Marstenów, bo nawet mimo tego że ktoś mi to kiedyś powiedział - i nawet nie był to spoiler, raczej prawda ogólna - to w ogóle nie pasowało mi to do kontekstu i klimatu. Niepokój jednak nie odstępował mnie - przecież Miasteczko napisał King. Autor książki, przez którą nie spałam tygodniami. Ja po prostu wyczuwałam tym swoim szóstym czytelniczym zmysłem, że jeszcze będzie strasznie. I było.

"O trzeciej nad ranem świat, ta stara dziwka, nie ma na twarzy makijażu i widać, że brakuje mu nosa i jednego oka. Wesołość staje się płytka i krucha, jak w zamku Poego otoczonego przez Czerwoną Śmierć. Nie ma grozy, bo zniszczyła ją nuda, a miłość jest tylko snem."

Być może nie tak jak przy Lśnieniu, którego na dobrą sprawę boję się nadal - po roku, ale wystarczająco, by nie mieć odwagi zgasić w nocy światła. I jestem pewna, że jeszcze przez wiele nocy będę myślała o tym, co wydarzyło się w Salem. Gawędziarski styl Kinga okazywał się tu zbawieniem, gdyż jego obszerne dygresje stanowiły ratunek, gdy natężenie akcji gwałtownie wzrastało
Ponadto Stephen idealnie poradził sobie z przedstawieniem grozy wampirów. Nie były to już szepczące czułe słówka Edwardziki, tylko krwiożercze bestie bez ludzkich odczuć zapominające o swoim dotychczasowym życiu i bliskich, zdolne jedynie do myślenia o zaspokojeniu szaleńczego głodu. Słońce działa dla nich zgubnie i bynajmniej nie sprawia, że ich skóra błyszczy. Zabić je można jedynie wbijając w serce drewniany kołek, ale wystarczającą ochronę mogą stanowić też krzyż, srebro czy woda święcona. Aby wampir mógł wejść do domu swojej ofiary, musi najpierw zostać zaproszony. Trzeba więc przyznać, że Miasteczko może znacząco wpływać na wyobraźnię, zwłaszcza jeśli jest ona podatna na ludowe wierzenia. 

Miasteczko Salem to przerażająca, perfekcyjnie skonstruowana książka, od której nie można się oderwać. Wolę horrory o szaleństwie buzującym w ludzkim umyśle, bo wywierają na mnie większe wrażenie, ale i ta wywarła niemałe. Lekturę polecam gorąco wszystkim, ale pamiętajcie - jeżeli w nocy usłyszycie pukanie w okno, za nic w świecie go nie otwierajcie! 

Moja ocena: 8/10