piątek, 11 stycznia 2013

Magiczna gondola

Wenecja. Pary kryjące się w klimatycznych uliczkach, obserwujące gołębie na placu Świętego Marka. I oczywiście korzystające z usług gondolierów przepływających pod licznymi mostami. Dla niektórych szczyt marzeń, prawda?

 Jednak Anna nie prosiła się o pobyt w tym mieście zakochanych. Przyjechała z musu - razem z rodzicami, którzy przybyli, by pracować. Po obskoczeniu wszystkich możliwych kościołów i muzeów, dziewczyna zaczyna się nudzić. Czeka na dzień regata storica. Gdy wreszcie wyczekany dzień nadchodzi, zauważa czerwoną gondolę - czy czasem wszystkie nie powinny być czarne? Wsiadając wpada do wody... i ani się obejrzy, wyląduje w przeszłości, o całe 500 lat wcześniej. Czeka tam na nią piękny chłopak imieniem Sebastiano, którego widziała już w przyszłości. Po wielu namowach zdradza, że Anna została wybrana; ma do wykonania misję. Jeśli nie uda jej się wypełnić ją, nigdy nie wróci do domu... 

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się rewelacji po "Magicznej gondoli". Moje serce podbiła przepiękna okładka i mnóstwo pozytywnych recenzji. Miałam też miłe wspomnienia z wydawnictwem, któremu zawdzięczamy niezastąpioną Trylogię Czasu. 
Tak, niezastąpioną. Uważam tą historię za niezwykle podobną do historii Gwendolyn. Zdecydowanym błędem było mianowanie jako tłumaczki Agaty Janiszewskiej, która tłumaczyła również i wyżej wspomnianą Trylogię. Przez to styl jest bardzo podobny do znanej już mi przecież powieści. 

Bohaterki nie lubiłam od początku i niezbyt się to zmieniło nawet po niecałych pięciuset stronach... denerwowała mnie swoim uzależnieniem od iPoda (swoją drogą, dlaczego w niemal wszystkich książkach PR bohaterki posiadają mp4 od apple'a? -,-), nadmiernym używaniem współczesnego słownictwa... nie byłam w stanie się z nią utożsamić. Poza tym Anna to kolejna bohaterka, która nigdy nie miała chłopaka, która czeka na pierwszą miłość. Litości, ile jeszcze będzie takich postaci?...

Początek uważam za fatalny. Potem akcja toczyła się coraz szybciej, ale mimo to nadal była niewiarygodnie powolna. Pierwszą połowę książki czytałam znużona, z poczucia obowiązku dokończenia zaczętej opowieści. Jednak później - przyznaję - nawet mnie zainteresowała.

Kolejnym minusem jest słabo rozwinięty wątek miłosny. Okładka informuje (jak i inne okładki książek z serii), że pozycja jest o "miłości", "tajemnicy" jest "historią poza czasem"... o ile dwa ostatnie stwierdzenia się zgadzają - to gdzie ta "miłość"? Do mniej więcej początku 3 części (książka została podzielona na 4 części, co uważam za kolejną wadę. Jeszcze bardziej zmniejszało to prędkość czytania) uważałam, że dziewczyna nienawidzi Sebastiana (który nawiasem mówiąc miał baaardzo schematyczny wygląd i mroczną przeszłość - jak to bohater takich dzieł..)! Jeśli chodzi o gorące sceny - również ich nie było. Przez całą książkę para pocałowała się tak mało razy, że można by to policzyć na palcach jednej ręki. I pod tym względem chyba rozczarowałam się najbardziej. 

Żebyście nie myśleli: zalet też trochę było. Koncepcja na tzw. blokadę - kiedy Anna chciała wypowiedzieć jakieś słowo z przyszłości, zamieniało się ono na odpowiednik z przeszłości (np. zamiast iPod - lusterko, zamiast film - sztuka kostiumowa). Uważam to za świetny pomysł. Dalej: akcja tocząca się w Wenecji, zamiast w Londynie czy Nowym Yorku - nareszcie coś świeżego. Dla mnie to dodatkowy plus, ponieważ miałam przyjemność zwiedzać Wenecję. Wiedziałam o czym mowa :) Ah, zapomniałam o najważniejszym: o humorze. Muszę przyznać, że co jak co - ale poczucie humoru to Eva Voller ma :) Nawet najnudniejsze sceny zaopatrzone były w porcję żartów, czego skutkiem było moje ryczenie ze śmiechu przez całą długość książki. :)

Podsumowując: nie powiem, że "Magiczna gondola" specjalnie mi się podobała. Były momenty, w których chciałam ją cisnąć na drugi koniec pokoju i nie podnosić... jednak ma w sobie pewien rodzaj specyficznej magii, która mnie przed tym powstrzymywała. Koniec nie był ani zaskakujący, ani nieprzewidywalny, ale nie był zły i podniósł moją ocenę dzieła pani Voller. 
Koniec końców "Magiczną gondolę" oceniam na 6/10. Jeśli nie czytaliście jeszcze Trylogii Czasu, "Gondola" może się wam wydać oryginalniejsza i ciekawsza niż mi :)

Do wyzwania "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu": książka ma 3 cm :)



PS. Biorę udział w konkursie <KLIK>, w którym można wygrać "Ostatnią spowiedź"! Zapraszam tam wszystkich! :D


czwartek, 3 stycznia 2013

Gorączka

Gorączka kojarzy się z przeziębieniem, chorobą. Niektórzy cieszą się wraz z jej przyjściem, ponieważ jest obietnicą kilku dni spędzonych pod ciepłą kołdrą. Ale żeby o gorączce napisać książkę - co więcej: książkę z niemalże samymi pozytywnymi recenzjami? Challenge accepted! Można! :)

Ewa nie czuje się dobrze wśród swoich rówieśników, podobnie z matką, ojczymem i ich synem. Prowokuje wydalenia ze szkoły.. aż trafia do tej "właściwej". Czuje się jak w raju wśród najnowocześniejszych pomocy naukowych - w tym mikroskopu kwantowego. Obserwuje pod nim tajemniczy wirus, który według wszelkich praw logiki nie powinien istnieć. Czy to pech, że ten wirus ją dopada? Dziewczyna przechodzi śmierć kliniczną, jednak udaje jej się "obudzić". Postanawia dowiedzieć się wszystkiego o wirusie.

Jest rok 152. Sethos Leontis jest gladiatorem. Na arenie w Londinium ma zdobyć swój dziewiąty wieniec laurowy. Mimo młodego wieku może pochwalić się statusem jednego z najlepszych wojowników. Zdarza się jednak.. wypadek. Seth zostaje ranny, dopada go tajemnicza choroba. Zostaje odebrana mu jego ukochana, a z czasem chłopak umiera. Jednak czy na pewno jest martwy? Trafia do dziwnego, jakby równoległego świata..

A z czasem losy tej dwójki się połączą... czy to aby pierwszy raz?


"Gorączka" autorstwa Dee Shulman została podzielona. Narratorem części powieści jest Ewa. Co jakiś czas jednak (z czasem coraz częściej) pojawiają się rozdziały z narracją trzecioosobową, z perspektywy Setha. Jednak coś, co na dłuższą metę jest bardzo dobrym pomysłem, nie od razu przypada do gustu. Czytając pierwsze sto stron ciężko jest się zorientować, o co właściwie chodzi w rozdziałach poświęconych Londinium. Chociaż nawet gdy wiedziałam już o czym czytam.. cały czas wolałam opowieść oczami Ewy.. chyba po prostu wolę narrację pamiętnikarską.
Rozdziały były bardzo krótkie - często na dwie, trzy strony. W sumie to 76 rozdziałów. Trochę dużo, nie uważacie? Plusem jednak jest nazywanie każdego z nich. Wiem, jak trudno jest wymyślić tytuł, a tytuł dla każdego rozdziału? Niestety teraz coraz częściej tytuł to po prostu 'rozdział XII'.. 

Wydawać się może, że opowieść jest schematyczna - np. matka, która woli nowego męża od własnej córki.  Kto wie, może naprawdę jest? Ale po przeczytaniu książki traci się chęć na zastanawianie się nad czymś tak przyziemnym.. pozostaje tylko ochota na kolejny tom (swoją drogą, ciekawe kiedy premiera!).

Chyba już się zorientowaliście, że "Gorączka" mi się podobała. I chociaż teraz można powiedzieć, że pieję nad nią.. nie od początku tak było. Pierwsze sto stron było niezrozumiałe i nudne, ciężko było się wczuć w świat Ewy i Setha, nie chciało mi się aż czytać dalej. Ja jednak nie należę do osób, które kupując dobrze ocenianą książkę martwią się nad prawdziwością tych stwierdzeń.. ja kupuję i przygotowuję się na cudowną, kilkudniową przygodę. Nawet jeśli początek mi się nie podobał, myślałam "zostało jeszcze 350 stron, na pewno stanie się coś ciekawego"! No cóż - zdarzyło. I to niejedno. Ale trzeba też dodać, że szybko czytało się nawet te niezrozumiałe strony, choć może nie aż z taką  przyjemnością. 

"Gorączka" daje do myślenia, jeśli chodzi o Ewę jako uczennice. Była bystra, piekielnie bystra (tak, tekst ze "Sprężyny" pani Musierowicz ;D). Jednak nie odnajdywała się w szkołach, pyskowała i buntowała ze smutku spowodowanego sytuacją rodzinną i niezrozumieniem. A ile takich sytuacji zdarza się i w polskich szkołach? Trochę demotywujące... 

Ktoś jest jeszcze nieprzekonany? Mogę podać więcej zalet! 
Tak więc: prosty, przystępny język, dużo dialogów, ograniczenie opisów (nie ma sposobu by wydały się za długie czy nudne, kiedy się już pojawiają są bardzo obrazowe i ciekawe), akcja dzieje się w Anglii, a nie w Stanach (nareszcie!!). Książka zainteresowała wirusami nawet mnie, zdecydowaną przeciwniczkę nauki biologii w szkole. Stało się również tak, że akurat wczoraj miałam na historii temat o starożytnym Rzymie.. wiedziałam prawie wszystko, co mówił nauczyciel - dzięki "Gorączce". I była to miła odmiana :)

Na drugi tom poczekamy pewnie rok, może nawet dwa? Jednak myślę, że będzie warto. Czy to przypadek, że nazwany będzie "Delirium"? Póki co "Delirium" autorstwa Lauren Oliver jest najlepszą książką jaką czytałam, może to Dee Shulman będzie równie dobre? ;)

"Gorączka" należy do książek, których nie da się przestać czytać. Kiedy po północy oczy się już zamykają, zaczyna się walka mózgu z sercem: serce krzyczy "chcę jeszcze, chcę jeszcze!", a mózg "daj spokój, jest już późno!'.
I serce wygrywa :) 

Jeszcze raz: polecam wszystkim! 
Oceniam na 8/10. 

Do wyzwania "Przeczytam tyle ile mam wzrostu" : "Gorączka" mierzy sobie 2,8 cm :) 

piątek, 7 grudnia 2012

Finale

Finale czekało na swoją kolej przez kilka tygodni. Gdybym wtedy znała zawartość książki, rzuciłabym od razu wszystko i zaczęła czytać. 
Niestety - odwlekałam lekturę ostatniego tomu bestsellerowej sagi "Szeptem", ponieważ... bałam się, że zbyt dużo czasu minęło i wszystko zapomniałam. Poprzednich trzech tomów nie mam na własność i nie miałam możliwości przeczytania ich ponownie, dla przypomnienia. 
Żeby z takiego błahego powodu pozbawiać się czystej przyjemności!
Ale o tym zaraz.

Nora pewnego dnia spotyka Patcha. Jest przystojny, tajemniczy i nieziemsko seksowny. Po wielu przeciwnościach stających na ich drodze... nie, wciąż nie mogą być razem. 
Jest jeszcze wojna - Nefilów i upadłych aniołów. 
Bohaterka już w "Ciszy" stała się Nefilką. Po której więc stronie stanie para? Nie można zapominać o tym, że to właśnie ona ma poprowadzić popleczników swojego zmarłego ojca. 
Inaczej Nora i Patch zostaną rozdzieleni.
Na wieki. 


"Normalność skończyła się wraz z chwilą, kiedy w moje życie wkroczył Patch. Mój chłopak jest ode mnie wyższy o głowę, ma analityczny umysł, jest zwinny jak kot i mieszka sam w supertajnym szpanerskim apartamencie pod parkiem rozrywki w Delphic. Jego głęboki seksowny głos sprawia, że miękną mi kolana. Co więcej, Patch jest upadłym aniołem. Wyrzucili go z nieba, ponieważ zbyt swobodnie podchodził do panujących tam zasad. Jestem przekonana, że kiedy Patch pojawił się w moim życiu, normalność po prostu przestraszyła się i zwiała."


Zacznę od okładki. Jednym słowem: przepiękna. Według mnie druga najlepsza w rankingu okładek książek "Szeptem" (pierwsze miejsce przyznałam "Ciszy").  Nora w rozwianych włosach i takiejż białej sukni oraz Patch nagi od pasa w górę, mogą podbić poziom adrenaliny jeszcze przed rozpoczęciem lektury :)

Wbrew moim obawom, błyskawicznie weszłam z powrotem w świat Nory i Patcha. 
A teraz dwa słowa określające całą fabułę książki: wojna i miłość. Czyli - według starej zasady - wszystkie kroki dozwolone. 
Bohaterowie posługiwali się swobodnym językiem, dzięki czemu umożliwione było błyskawicznie zapoznawanie się z kolejnymi stronami bez zastanawiania się nad sensem archaicznych słów. 
Czymś zupełnie innym jest sam temat upadłych aniołów. Bo, bądźmy szczerzy, mówi się o nich od czasów powstania Biblii! A jednak zdrajcy niebios zasłynęli dopiero po opublikowaniu powieści pani Fitzpatrick.
Becca miała pomysł, genialny pomysł. 
Ale pomysł to jedno. 
A umiejętność przelania swojego pomysłu na papier w sposób niewiarygodnie cudowny, to zupełnie co innego. 

Czytelnicy sagi "Szeptem" (w tym ja!) okrzyknęli cykl najlepszym pośród dzieł nowego gatunku literackiego zwanego "paranormal romance". Romans - bo między bezzwłocznymi zwrotami akcji i wszelkiego rodzaju intrygami, wpleciona jest wieczna miłość naszej dwójki kochanków. Która z nas nie chciałaby słuchać, jak Ten Jedyny zwraca się do ciebie per "Aniele"? 

Kolejnym plusem jest poczucie humoru autorki. Nie raz i nie dwa czytelnik "Finale" parsknie głośnym śmiechem, by następnie przypominać sobie dany moment przez cały wieczór :) 

I - koniec. 
Powiem tak: lepszego nie wymyślił by nikt na całej kuli ziemskiej. Więcej nie powiem. 

Po przeczytaniu epilogu, poczułam łzy spływające po policzkach i poczucie wielkiej krzywdy, niesprawiedliwości - "Jak to KONIEC?". 
Świadomość, że więcej z Patchem i Norą się nie spotkamy, naprawdę może sprawiać ból.
Można z czasem do nich wrócić... ale nic nie zastąpi magii pierwszego przejścia przez książkę :)

Chyba nikogo nie zdziwię, jeśli powiem, że "Finale" oceniam na 10/10. 
Polecam WSZYSTKIM!


Jeszcze informacja na koniec: kilka dni temu świat obiegła wiadomość, że "Szeptem" zostanie sfilmowane i przeniesione na wielki ekran. Jak myślicie, kogo obsadzą do roli Patcha? :D



sobota, 27 października 2012

Pandemonium

Nareszcie, nareszcie, nareszcie!
Długo wyczekiwana przez wszystkich kontynuacja "Delirium" nareszcie dotarła i do mnie, a jak pachnie!  

Od początku planowałam czytać "Pandemonium" stopniowo, delektując się. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron może i faktycznie udawało mi się to, ale w pewnym momencie mój plan diabli wzięli - koniec końców książkę przeczytałam w cztery dni (włącznie z tym, że byłam chora, z pękającą głową).

"Pandemonium" zostało podzielone na dwie części: "teraz" i "wtedy".

WTEDY - akcja zaczyna się tu od samotnego dotarcia Leny do Głuszy. Dziewczyna opowiada swoim powolnym przystosowywaniu się do nowego środowiska, warunków, do braku ukochanego.

TERAZ - Lena mieszka obecnie w Nowym Yorku, zlecono jej ważną misję dla ruchu oporu.

"Teraz" jest na początku niezrozumiałe. Ochotę ma się prawie wyłącznie na "wtedy".

 W pewnym momencie, kiedy akcja nabiera tempa, "wtedy" jest już nieważne, czytać chce się tylko o "teraz". 
Te dwie opowieści z biegiem czasu łączą się w jedną - ostatnie kilkadziesiąt stron to już tylko "teraz".

Pandemonium to stolica piekła. Piekła, czyli Ameryki bez miłości, gdzie ludzie to roboty bez uczuć. Głusza i Odmieńcy już nie są elementami bajek dla niegrzecznych dzieci, żyją naprawdę i trzeba się ich pozbyć. Zatruwają porządek społeczeństwa - tak się mówi na ludzi "zarażonych" amor deliria nervosa.

Książka jest sprzedawana pod hasłem "A jeśli pokochasz największego wroga?", więc chyba nic się nie stanie, jeśli powiem, że między Leną, a synem szefa AWD (Ameryki Wolnej od Delirii), Julianem Fineman'em coś zaiskrzy. 
Lena będą z początku dręczyły wyrzuty sumienia. Z czasem miną. 
A jeśli chodzi o mnie, to nie wybaczyłam jeszcze autorce zakończenia "Delirium". 
Nie lubię Juliana, to powinien być Alex! :/

A koniec - elektryzujący, osłupiający i wszystko co najlepsze. 
Po cichu, w głębi duszy, tak naprawdę na to liczyłam, ale i tak całkowicie mnie zaskoczył.
"Pandemonium" kończyłam koło północy, wiecie jak to jest, końcowe strony już są spokojne, po punkcie kulminacyjnym nie ma już nie nieprzewidywalnego. 
W tej książce (przynajmniej według mnie) nie było żadnego punku kulminacyjnego, sama ostatnia strona postawiła mnie na nogi tak, że nie mogłam spać nie wiadomo ile czasu. Serce zaczęło mi walić i mimo dość późnej pory stałam się zupełnie rozbudzona.
Po skończeniu "Pandemonium" wydaje się wręcz NIEMOŻLIWE, że na na "Requiem" - kolejną i ostatnią część trylogii - trzeba będzie czekać jakiś rok (premiera oryginału w marcu). Nie wiem jak ja to przeżyję. 

Dwie pierwsze części Trylogii Delirium to najlepsze książki, jakie w ostatnim czasie czytałam.
Polecam wszystkim!!!
Pandemonium oceniam na 37 na 10 możliwych! :))))))))

"Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi. Zanurzam się w wodzie, która ma płowy kolor rozkopanej gleby. Każdy oddech dusi. Nie ma niczego, czego można by się przytrzymać, niczego, w co można by się wbić pazurami. Nie ma wyjścia, trzeba odpuścić. Odpuścić. Poczuć wokół siebie ciężar, poczuć kurczenie się płuc, powoli narastające ciśnienie. Pozwolić sobie na to, by opaść głębiej. Nie ma nic, tylko dno. Nie ma nic, tylko smak metalu, echo dawnego życia i dni, które zlewają się w ciemność.

niedziela, 7 października 2012

McDusia

Z twórczością pani Musierowicz jestem związana od dzieciństwa; już jako kilkulatce czytano mi "Znajomych z zerówki". W czwartej  klasie sięgnęłam po pierwszą część Jeżycjady - "Szóstką klepkę" (niech wszyscy sobie mówią co chcą, ale "Małomówny i rodzina" to tej serii nie należy i tyle!). Z czasem dowiedziałam się, że miałam mieć na imię Ida, ale tata wyperswadował to mamie. Do tej pory nie mogę odżałować... ;)
"McDusię" czytałyśmy z mamą naraz, na szczęście to ja miałam pierwszeństwo - książka była spóźnionym prezentem urodzinowym (we właściwą datę po prostu jeszcze jej nie było).
Od pierwszych stron ogarnęło mnie wzruszenie; spojrzenie na pierwszą ilustrację było pierwszym kamykiem wywołującym lawinę wspomnień związanych z Jeżycjadą - wszystkie smutki, radości, tęsknoty i niepowodzenia. Czytając o rodzinie Borejko, nie jest się tylko postronnym obserwatorem. Jest się zwyczajnie członkiem tej sympatycznej rodziny!
W dziewiętnastym tomie Jeżycjady spotykamy się z Borejkami w okresie Bożego Narodzenia.
Czeka na nas przybycie Magdusi - córki Kreski i Maćka Ogorzałki (najbardziej lubianej pary serii!) - a także długo wyczekiwany ślub Laury.
Jak wiedzą wierni czytelnicy Jeżycjady, nad ślubami kobiet w tej rodzinie ciąży fatum. Czy tym razem też się coś stanie? A może wszystko pójdzie po myśli spokojnej i odmienionej przez miłość Laury?
Pierwsze kilkadziesiąt stron "McDusi" czyta się z pewnym oporem, ale z czasem akcja zaczyna się rozwijać.
Czytanie umilają ilustracje rysowane przez pani Musierowicz; przy nich też zawsze oczy robią się mokre - w "McDusi" wiele z nich poświęconych jest Laurze - dorosłej, zakochanej i szczęśliwej - a ja nadal pamiętam jak wyglądała jako mała dziewczynka.
Chociaż to może tylko ja jestem taka wrażliwa na coś takiego.
Koniec jest dosyć przewidywalny, ale nie mniej jednak wzruszający (mnie zawsze zakręci się łezka w oku przy samotnych dialogach Mili I Ignacego; chyba każdy chciałby być szczęśliwy z tą osobą jak oni razem..).
Zgadzam się z opiniami, że poprzednia część - "Sprężyna" - była lepsza od "McDusi", ale i tak pozostaje fanką tej drugiej i czekam z niecierpliwością na najnowszą opowieść - "Wnuczkę do orzechów"!
"McDusi" daję 8/10 :)