Ten post mogę rozpocząć na dwa sposoby: pisząc w mądry sposób o duszy i ciele, ewentualnie o sławie Stephenie Meyer. A że nie czuję się na siłach na takie tematy, pozwólcie iż wybiorę ten drugi.
Otóż jak wiadomo Stephenie Meyer jest autorką jednej z (z przyczyn sobie tylko znanych) najsłynniejszych serii książkowych XXI wieku. "Zmierzch" czytałam, a jakże. I w sumie nie uważam, żeby to była seria tragicznie zła, tylko po prostu przeciętna, bez jakiegokolwiek przesłania. I niby rozumiem, że w okresie swojego wydania była naprawdę oryginalna, ale to nie zmienia faktu, iż nie pojmuję jej fenomenu. A "Intruz"... prawdę mówiąc nie spodziewałam się wiele. Jak mogłam postawić nawet najniższą poprzeczkę Meyer - co, tej od świecących wampirów? Do lektury zasiadałam zatem z nastawieniem dość obojętnym, jeśli nawet nie negatywnym. A tu spotkała mnie, cóż, niespodzianka...
Świat opanowały Dusze - przybyły na Ziemię by przejmować ciała ludzi, którzy byli okrutni, agresywni i bezmyślni. Większość poddała się bez oporu, dlatego została ich tylko garstka. Wagabunda trafia jednak na Melanie - a dziewczyna jest nader silna i nie poddaje się bez walki. Szybko okazuje się, że duszę i ciało różni niemalże wszystko - oprócz miłości do jednego mężczyzny. Dziewczyny szybko pokonują wzajemną nienawiść, aby jako sojuszniczki wyruszyć na poszukiwanie Jareda.
Słowo 'science-fiction' trochę mnie przerażało. Nie czytam fantastyki, wręcz rzygam nią. A już szczególny opór czuję do własnie tej jej odmiany (no, pomijając parnormale!). I nie powiem, żeby został on złamany, żebym miała chęć na kolejne książki sci-fi. Ale ujmę to w ten sposób: było o wiele lepiej, niżbym myślała.
Meyer wykazała się przede wszystkim oryginalnością. Swojego czasu czytałam naprawdę dużo fantastyki, ale z czymś takim się jeszcze nie spotkałam. A cenię sobie niebanalność, bo to właśnie pogłębiająca się szablonowość kolejnych fantastycznych powieści zmusiła mnie do odstawienia gatunku. Tymczasem okazało się, że "Intruz" to powieść napisana barwnie, z pomysłem, wyczuciem i wartką akcją. Książka, przy której nie można się nudzić i od której nie można się oderwać. Paradoksalnie byłam tym nawet trochę rozczarowana... szczerze mówiąc przygotowywałam się na wielkiego hejta.
Narracja także zrobiła na mnie wrażenie. Rozdwojenie jaźni Wagabundy i Mel zostało przedstawione w sposób doskonały - podobnie jak charaktery dziewczyn. Były to postacie bardzo złożone i przemyślane - pierwsza trochę lękliwa, nieśmiała; druga spontaniczna i ironiczna. Dodatkowo łączyła je odwaga.
Postaciom pobocznym również nie można nic zarzucić. Bardzo polubiłam Jeba i Jamie'go, trochę mniej Iana i Jareda. Zależy to jednak od indywidualnych gustów - wszystkie cztery były jednakowo dobrze nakreślone, dopracowane i nie mniej złożone od głównych bohaterek.
"Intruz" nosi też w sobie przesłanie - dotyczące miłości ciała oraz duszy i różnic między nimi; wadze miłości, kiedy zna się również smak nienawiści. Nie było ono być może jakieś specjalnie, hm, odkrywcze, ale było - i to jest ważne. Cenię sobie możliwość czytania między wierszami. Co prawda całość była stosunkowo przewidywalna; wyszła dość słodko, może nawet za słodko... ale to też jest potrzebne. Już dawno nie czytałam książki tak po prostu o miłości i chyba trochę mi tego brakowało. Zakończenie było jednak małą przesadą - było takie... (to chyba spoiler, więc wiecie co robić) wyidealizowane. W życiu raczej nie zdarzają się sytuacje, w których każda strona jest szczęśliwa. Jest to chyba jednak pakiet łączony, jeśli chodzi o książki "tylko o miłości". I chyba zgodziłam się na to - bo nie powiem, że było to dla mnie wielką niespodzianką.
"Intruz" zaskoczył mnie - i to zaskoczył mnie bardzo. Może i fakt, że książkę przeczytałam po prostu w odpowiednim momencie swojego życia, ale i tak zapamiętam ją jako przyjemną i niezobowiązującą. Meyer zdecydowanie ma w sobie potencjał - potencjał niewykorzystany w "Zmierzchu". I chociaż do "Intruza" na pewno nie wrócę, to polecam go wszystkim na długie zimowe wieczory.
Moja ocena: 8/10
UHM
OdpowiedzUsuńAle chyba wiesz, jakie jest moje zdanie, więc nie będę tego powtarzać... Nie podobała mi się ta książka i tyle. ;/
A piosenka ładna. :-)
Właśnie jestem w trakcie "Intruza". Saga "Zmierzch" mi się bardzo podobała, oczywiście książkowa wersja. Adaptacja filmowa (oprócz ostatniej części) to chyba jakiś żart.
OdpowiedzUsuńJedyne o co się wkurzam cd "Intruza" to to że film oglądnęłam przed przeczytaniem książki. Ale to chyba dzięki filmowi mam tak ogromną ochotę na czytanie tego tomiska. No nic, zobaczę jaka będzie moja opinia po przeczytaniu całej książki. :)
Pozdrawiam!
książkę całkiem pozytywnie wspominam, 'zmierzch' w sumie też nie był najgorszy :)
OdpowiedzUsuńxo, A.
Jakoś nie mogę się przekonać do przeczytania "Intruza". Chyba nadal, nie strawiłam "Zmierzchu", żeby wziąć się za inną książkę tej autorki.
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podobała ta książka podobnie jak film. :)
OdpowiedzUsuńUwielbiam tą książkę i polecam wszystkim :)
OdpowiedzUsuńDokładnie, miałam takie same odczucia jak ty. Intruz mnie zahipnotyzował, a Zmierzch, cóż... nie jest to epopeja. Powiem Ci, że byłam strasznie zdziwiona, że Meyer udało się wykreować tak bardzo wciągający świat dusz. Film nie był zły, jednakże chyba wolę książkę :)
OdpowiedzUsuńahahahah, "Zmierzch nie jest epopeją", eufemizm wszechczasów <3
UsuńBardzo, bardzo, bardzo chcę przeczytać tą książkę. Nie wiem kiedy to zrobię, ale muszę :P
OdpowiedzUsuńJa z kolei spodziewałam się czegoś rewelacyjnego i nie zawiodłam się, chociaż momentami brakowało mi akcji (mam obsesję na punkcie akcji) :)
OdpowiedzUsuńMnie ,,Intruz" również mile zaskoczył. Chociaż także w tej książce denerwował mnie styl Meyer - ta kobieta zawsze daje masę nieistotnych informacji w każdym rozdziale.
OdpowiedzUsuńZawiodłam się też na zakończeniu i... nudnej ekranizacji. Jeb to był ten wujek? Już nie pamiętam dobrze wszystkich imion. W każdym razie wujka najbardziej lubiłam zarówno w pierwowzorze, jak i w filmie.
Czytałam i również mi się spodobała.
OdpowiedzUsuńMogłaś napisać o duszy mądry akapit, albo skopiować mój i napisać na dole "mądrości by moja kochana, najlepsza Daria, którą ubóstwiam". Ale chwila... nie, wtedy pisałam akapit o nienawiści, ok, nie było tematu xd A nie mówiłam, że ci się spodoba "Intruz" ? :3 Słuchaj się mnie, ja mam zawsze rację.
OdpowiedzUsuńMnie również zaskoczyła pozytywnie ta książka. Myślałam, że nie spodoba mi się, a tu proszę - można ją zaliczyć do moich ulubionych ;)
OdpowiedzUsuńKiedyś, dawno temu, zaczęłam czytać "Intruza" ale historia nieszczególnie mnie ciekawiła więc porzuciłam tę powieść. Myślę jednak, że kiedyś podejmę kolejną próbę, bo wielu osobom się ta książka podoba, więc może nie będzie tak źle i tym razem uda mi się dotrwać do końca? :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Cieszę się, że Tobie unikającej fantastyki, się spodobała. ;) Mnie książka oczarowała, zdecydowanie zgadzam się, ze potencjał został wykorzystany. ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Podobnie jak Ty, też przeżyłam niezłe zaskoczenie. "Intruz" naprawdę mi się podobał:)
OdpowiedzUsuńKsiążka bardzo dobra, ale ekranizacja to dla mnie kompletna porażka...
OdpowiedzUsuńZaciekawiłaś mnie.
OdpowiedzUsuńDo Zmierzchu i tak mam sentyment ;) Ale do Intruza chętnie wracam i książka bardzo mi się podobała. Ale w sumie nie chciałabym, by powstała kontynuacja, bo obawiam się, ze mogłoby to zniszczyć ten tom.
OdpowiedzUsuń"Intruza" pożyczyła mi kiedyś, bardzo dawno temu kuzynka i do tej pory czeka na półce. Jakoś po "Zmierzchu"(przeczytałam 2,5 części) mnie nie ciągnie, ale od kilku osób słyszałam, że warto, więc może wreszcie się przełamię? :)
OdpowiedzUsuńIntruz wydaje się być napisany przez zupełnie innego autora niż Zmierzch. Jest o wiele lepszy niż przygody Belli i Edwarda, których większość osób już chyba ma dość. Ja Intruza bardzo lubię i akurat mam zamiar sięgnąć po niego po raz drugi.
OdpowiedzUsuń