środa, 31 grudnia 2014

Best of 2014 (#3 - prywata)

Witam Was w ostatni grudniowy poranek!

To już ostatni post w 2014 roku. Pomyślałam, że to najlepszy czas na opublikowanie czegoś tak luźnego, jak to tylko możliwe. Może ten tekst będzie trochę bardziej dla mnie niż dla Was, ale wybaczcie mi to - możliwość obejrzenia zdjęć z tego roku i przypomnienia sobie najlepszych jego momentów jest naprawdę kusząca.

A więc... rok 2014 na pewno nie był najlepszym w moim życiu, ale i tak zapamiętam go. Nie wygrałam w totolotka. Nie spotkałam miłości swojego życia. W każdym razie - nie w postaci człowieka. Znalazłam bowiem swoją pasję, silniejszą niż wszystko, co do tej pory czułam - i ten "niewielki" aspekt tego roku wyrównuje mi inne drobne niepowodzenia i upadki. Naprawdę, nie wiem jakby to było, gdybym nie odkryła muzyki ludowej.

Moje ulubione zdjęcie z wyjazdu do Hiszpanii; jestem trzecia od lewej strony
także z Hiszpanii

a to już z Ryk:)

Poza tym, byłam na swoich pierwszych w życiu Targach Książki - i to zarówno w Warszawie, jak i Krakowie! Chociaż te w stolicy były wyraźnie lepsze, to i tak oba (a właściwie wszystkie trzy, bo w Krk byłam w sobotę i niedzielę) dni zapamiętam do końca życia. A już za pięć miesięcy powtórka!

Warszawa; ja pośrodku na samej górze

Kraków - Julka, ja, Gabi, Daria
Kraków - Patrycja, ja, Gabi, Weronika

Miałam też przyjemność być na koncercie Florence and The Machine, gdzie po raz pierwszy spotkałam się z Karoliną! Koncert był epicki.




A jak już jesteśmy przy Karolinie, to od tamtej pory miałyśmy sporo okazji do spotkań! Parę dni temu odwiedziła mnie nawet w domu, a przecież dzieli nas 100 kilometrów. I że niby nie można przyjaźnić się na odległość?



Na podobnej zasadzie spotkałam się też z Darią, która niestety mieszka za daleko, żeby się regularnie spotykać, ale nadrabiamy to kreatywnością - regularnie czytamy razem książki na Skypie, a jutro mamy zamiar pisać w ten sposób wspólną recenzję. Można? Można.



Oczywiście poza tymi kilkoma najlepszymi momentami, działo się też wiele innych, do których będę jeszcze długo wracać i uśmiechać na samą myśl, za długo by jednak wymieniać, sami wiecie. 
W każdym razie dziękuję, że w pewien sposób spędziliście ten rok ze mną. 

Ciekawe o czym będę pisać za rok o tej porze? Hm, na pewno o czymś dobrym. Już nie mogę się doczekać, żeby przekonać się, co!

Kocham Was strasznie, wiecie?
Szczęśliwego Nowego Roku!
Emila ♥

wtorek, 30 grudnia 2014

Best of 2014 (#2 - muzyka)

Dzień dobry, cześć i czołem!

Dzisiaj przyszła pora na pierwszy mój (!) post muzyczny, w którym pokażę Wam, w czym mianowicie zasłuchiwałam się w roku 2014. Kolejność, tak samo zresztą jak w poprzedniej części cyklu, bez znaczenia.

Początek roku, o ile dobrze pamiętam, powitałam z Laną Del Rey, której niestety przestałam już słuchać, bo klimat nowej płyty zupełnie mi nie odpowiada, a tej starej - znudził mi się. W styczniu i lutym muzykę Lany uważałam jednak za coś cudownego.



Nie przestałam też słuchać mojej ukochanej od dawna P!nk. Może nie na samym jej szczycie, ale wokalistka wciąż pozostaje na liście mojej ulubionej playlisty.



Cały rok zdominowała natomiast Florence Welch z zespołu Florence and The Machine. Flo zaczęłam słuchać w wakacje 2013, ale tak o wiele intensywniej - minionej zimy, kiedy dowiedziałam się, że w czerwcu będzie ona koncertować w Warszawie. Na który to koncert zresztą poszłam, razem ze Zrecenzowaną. A Florence jest obecnie moją najukochańszą wokalistką, i najpiękniejszych i najwrażliwszych piosenkach.




Teraz pora na jedynego piosenkarza w dzisiejszym poście - Piotra Roguckiego, a ściślej mówiąc - cały zespół Coma. Jakkolwiek za polską muzyką nie przepadam, to jednak Coma ma w sobie to coś! Dobra pod względem technicznym muzyka, przejmujący głos wokalisty, niebanalne teksty piosenek. Czego chcieć więcej?






Listopad minął mi pod znakiem Avril Lavigne. Nie pytajcie. Coś jednak musiałam wychwycić w jej muzyce, skoro nie potrafiłam jej wyłączyć!



Polubiłam także The Cranberries. Dolores ma chyba najciekawszy głos na świecie. Aż ciarki przechodzą!



A poza tym, skoro to muzyczny post utworzony przeze mnie... nie może zabraknąć folku! Oprócz prawdziwej ludowej muzyki, takiej wykonywanej przez zespół Mazowsze (ale zakładam, że mało kto zidentyfikowałby się z moim gustem i chciał słuchać Dwa serduszka czy Cyt cyt), na mojej playliście "przyśpiewki" królują zespoły Siklawa oraz Brathanki.  



I ostatnia piosenka, zespołu na którego koncercie miałam - zresztą przypadkową - przyjemność być: Hurts. Sporą ilość tego przedświątecznego czasu pochłania mi replayowanie jej.


Mam nadzieję, że miło się słuchało:) 
Szczęśliwego Nowego Roku!

niedziela, 28 grudnia 2014

Najnudniejszy szaleniec ever (Lolita - Vladimir Nabokov)

Od razu zaznaczam, że zdołałam przeczytać zaledwie pół tej książki.
Właściwie to wiem, że nie powinnam wypowiadać na temat czegoś, czego nie poznałam w całości - ale cóż zrobię, było to silniejsze ode mnie. Nie chcę, żeby dwa dni mojej męki poszły na marne. 
A chyba nie nakrzyczycie na mnie, jeśli przestrzegę was przed nieciekawą pozycją, prawda?


Humbert, czterdziestoletni mężczyzna, zakochał się niegdyś w swojej rówieśniczce, dwunastoletniej może Annabel, koleżance z obozu. Przeżył z nią swoją pierwszą erotyczną przygodę, a od tamtej pory, mimo upływu czasu, wciąż patrzył tylko na dziewczynki zbliżone jej wiekiem - nigdy starsze niż czternaście lat - które nazywał "nimfetkami". Pewnego dnia spotyka Lolitę, a jego życie wywraca się do góry nogami. Pomijając nawet to, że wygląda zupełnie jak Annabel, jest dla Humberta idealna. Dziewczynka i chęć posiadania jej staje się życiem mężczyzny. 

Tematyka Lolity jest... specyficzna. Nie mnie jej oceniać. Podjęłam się przełknięcia różnych degustujących momentów, zaczynając lekturę. Jednak moja chęć sprawdzenia psychologicznej części tej książki była od zniesmaczenia silniejsza. Uwielbiam czytać o wszelkich szaleńcach, analizować ich zachowania, wiecie, trochę bawić się w psychiatrę. I ten aspekt Lolity jest naprawdę mocny. Humbert... potrafi przekonać czytelnika, że wcale nie jest taki zły - że naprawdę zależy mu, żeby Lola nie cierpiała, żeby było jej jak najlepiej, i że właściwie to ją kocha. Kto wie, czy na pewien pokręcony sposób tak nie było, nie wolno jednak zapominać, że według uniwersalnego kręgosłupa moralnego, takie zboczenia są złem i tyle. Ale nie o tym. Równie dziwną postacią jest sama Dolly. Z jednej strony jest to mała i niewinna dziewczynka, która wcale nie ma ochoty na kontakt z Humbertem, a z drugiej - twierdzi, że go kocha i pozwala mu (ba, nawet zachęca go!) doń. 
Podobnie jak strona psychologiczna, pióro Nabokova stoi na naprawdę wysokim poziomie. Mamy do czynienia z wieloma zawiłymi ambitnymi metaforami, wzniosłymi określeniami, oficjalnym stylem wypowiedzi. Oceniając Lolitę pod względem literackim, jest ona naprawdę dobra. Jasne też jest, że zupełnie inaczej będzie, jeśli chodzi o, no cóż, człowieczeństwo - ale wszyscy wiedzą, że o to autorowi chodziło, książka miała być kontrowersyjna i jest, nie ma tematu.
Coś, co najbardziej przeszkadzało mi w tej połowie Lolity jest jej monotematyczność. Przez znaczną jej część Humbert gada w kółko o tym, jak pragnie dziewczynki, po czym właściwie nie robi nic w tym kierunku, nagle zaczyna coś jednak robić, wycofuje się i tak w kółko. Zwariować można. Nic się w Lolicie nie dzieje! Nic! Kiedy główny bohater nie rozmyśla nad tym, jakby tu znaleźć się z nią sam na sam, bredzi wyłącznie o jej pięknie et cetera i nie daje czytelnikowi jakiegokolwiek urozmaicenia; motywacji, aby nie zasnąć, doprawdy. Poza tym wspomniałam już, że intrygują mnie postaci szaleńców. A Humbert, niestety, był wyjątkowo nudny i mdły. 

Podsumowanie książki, której nawet nie dokończyłam, jest raczej - przyznacie mi rację - niemożliwe. Powiem tyle, że lektura Lolity - choć zapowiadająca się interesująco i ambitnie - jest, przynajmniej według mnie, niewykonalna. 
Może kiedyś spróbuję ją dokończyć, trudno stwierdzić. 
Ale dużo wody jeszcze w Wiśle upłynie, to jest pewne. 
Moja rada dla was? Darować sobie Lolitę - za dużo jest dobrych książek na świecie, żeby się z nią męczyć!

sobota, 27 grudnia 2014

Best of 2014 (#1 - książki)

Hej hej!



Dzisiaj przybywam do was z pierwszą częścią szybkiego cyklu postów, które postanowiłam opublikować. Będą one dotyczyły moich osobistych hitów roku 2014 - kolejno: książek, muzyki i godnych uwagi wydarzeń z życia pozablogowego. Filmy pomijam, bo obejrzałam ich tyle, że spokojnie mogłabym policzyć to na palcach, przy czym żaden poza Zostań, jeśli kochasz i obejrzanym wczoraj Życie za życie (mam nadzieję napisać dziś recenzję) nie zwróciły mojej uwagi.

A więc tak - "nominowanych" było wiele książek. Zapoznałam się z całą masą świetnych pozycji w tym roku! Zastanawiałam się nad około 20 tytułami, ale doszłam do wniosku, że wystarczy wymienić te, nad którymi nie mam żadnych wątpliwości. Tylko one zasługują na miano tych rzeczywiście najlepszych. Zatem z przeczytanych, jak na razie (kilka pewnie jeszcze dojdzie do Nowego Roku), 64 książek wybrałam 8 najlepszych. Kolejność bez znaczenia. 

Zacznę od Marii Antoniny Juliet Grey. Całej serii, bo chociaż ostatni tom wciąż jest przede mną, to nie wątpię, iż będzie równie dobry, jak poprzednie, a może nawet lepszy? Cóż, nie mogę powiedzieć, jak wiele innych osób, że dzięki trylogii pokochałam historię, ponieważ kochałam ją już wcześniej. Ale nieszczęśliwym trafem złożyło się tak, że kiedy w szkole przerabialiśmy rewolucję francuską, to mój ukochany nauczyciel, który wzbudził we mnie miłość do przedmiotu, zachorował - a od nauczycielki na zastępstwie koniec końców wiele się nie dowiedziałam. Natomiast książki pani Grey, nie dość, że wzbogaciły mnie o wiedzę historyczną, to także o tę, że się tak wyrażę, od kuchni. Nie ma wiele książek, które wciągnęłyby mnie tak, jak te o Antoninie. Zapominanie o bożym świecie, chodzenie jak w amoku... tak, dzieła pani Grey gwarantują to wszystko.

Dalej, Millenium. Cóż to była za książka! Także i tym razem mówię o wszystkich trzech częściach, ale naciskam jednak na tę pierwszą, która bezapelacyjnie zajęła pierwsze miejsce. Jeśli powiedziałam, że przy Marii zapominałam o całym świecie, to przy książce Larssona to samo określenie zyskało tyleż większe znaczenie, co "nawałnica" przy "wietrzyku". Millenium jest po prostu genialne! Mistrzowsko skonstruowane, obfitujące w perfekcyjnie wykreowane postacie, nie pozwalające czytelnikowi normalnie funkcjonować! Jeśli chociaż w miarę regularnie odwiedzacie mojego bloga, to z pewnością wiecie, jak bardzo kocham zespół ludowy, do którego uczęszczam. A więc, Millenium wciągnęło mnie tak, że niemalże nie poszłam na ważną próbę, a było to w czasie szczytu mojej fascynacji folkiem!

Mistrz i Małgorzata. Nadal szybciej bije mi serce na dźwięk tego tytułu. Kolejna fenomenalna pozycja. Przezabawna w ten najbardziej ironiczny sposób, dziwna we wszystkie możliwe, trochę romantyczna, odrobinę przerażająca... i bardzo, bardzo diaboliczna. Rozumiecie, o co chodzi. Z przyjemnością przeczytałabym ją ponownie. Bułkahow uplasował się na samej górze listy najlepszych autorów tego roku.

Nie mogę nie wspomnieć o Annie Kareninie. To klasyczny przykład idealnego romansu. Główna bohaterka nie zawsze postępowała dobrze, i zdecydowanie nie zawsze tak się zachowywała... a jednak jej historia poruszyła mnie tak, jak mało która inna. Nie ma potrzeby mówić nic więcej. 

Rose de Vallenord. Czy muszę wymieniać, co mianowicie pokochałam w kolejnej przeczytanej przeze mnie książce jednej z moich ulubionych autorek? Niesamowite portrety postaci kobiecych, namiętne romanse... to przecież już standard u Gutowskiej-Adamczyk. Teraz czekać tylko na Fortunę i namiętność!

Największym zaskoczeniem tego roku były natomiast Echa pamięci, pożyczone od nauczycielki z mojej szkoły. Cechują się wszystkim, co kocham w książkach - świetną historią miłosną, nostalgią tryskającą z każdej strony i piórem autorki niepozwalającym czytelnikowi choć na chwilę oderwać się od historii bohaterów. Jedyne, co mogło w tamtym czasie konkurować z dziełem Webb, to koncert Florence and The Machine!

Gra Anioła, Więzień nieba, Książę Parnasu. Cudownie jest mi wspominać te następczynie mojego ukochanego Cienia wiatru. Jedna jest lepsza od drugiej, w końcu to Zafon. Mój mistrz nad mistrzami, jeśli chodzi o napisanie perfekcyjnej pozycji gwarantującej największego możliwego kaca książkowego. Tak długotrwałym, że kiedy ze znajomymi zwiedzałam Barcelonę, myślałam o tym, że gdzieś pod naszymi stopami może kryć się Cmentarz Zapomnianych Książek. Nawet nie wiecie, jak marzę o kolejnym dziele autora.

I ostatnia już, ukończona kilka dni temu: Wnuczka do orzechów. Nie ma wielu słów do opisania jej równie trafnych jak: kochana. Po prostu. Nie znam lepszych i nie chcę udawać, że jest inaczej. Już starczy, że napisałam strasznie długą recenzję, która i tak nie oddaje moich uczuć... Jeżycjada zrobiła mi życie i kropka.

Tyle!
Zapraszam na kolejną część, która ukaże się na dniach!

czwartek, 25 grudnia 2014

Ukryj się, a przekopie górę... (Wnuczka do orzechów - Małgorzata Musierowicz)

Czy chociaż raz w życiu pragnęliście jakiejś książki tak mocno, że upływ kolejnych dni stawał się właściwie jednym wielkim odliczaniem? I niezależnie od wszystkich - szczęśliwych lub nie, zwykłych czy niezwykłych - momentów, marzenie o niej siedziało wam gdzieś z tyłu głowy? Ja doświadczyłam tego raz. Trwał on dwa długie lata. Zgadnijcie, co mam na myśli. 
Oj, niełatwo jest kochać Jeżycjadę. Przecież ona działa jak narkotyk! Za to... taki kochany narkotyk. Nawet nie wiecie, ile ona dla mnie znaczy. Co ze mną robi i jak bardzo mi pomaga. I nie wyobrażacie sobie mojego szczęścia, gdy wreszcie wzięłam Wnuczkę do orzechów w dłonie! 
Po przekręceniu ostatniej strony... nie, nie mogę powiedzieć, aby wszystko wyparowało. Cały komplet pozytywnych emocji płynących z książki osiadł mi na sercu i podobnie jak te będące pamiątkami po dziewiętnastu poprzednich tomach, zostanie tam na zawsze. Mokre ze wzruszenia oczy i stłumiony okrzyk "też chcę takiej miłości!", nie wiadomo kiedy zamieniły się w smutek. 
Że co? Kolejne dwa lata?

Zastrzegam: to nie jest książka, jak inne - i takaż nie będzie też recenzja. 

Słyszałam z wielu ust, że Wnuczka do orzechów to już nie to samo. Nie te same Jeżyce, nie ta sama Musierowicz. Muszę niechętnie przyznać, że trochę mnie to martwiło, ale na szczęście szybko o tym zapomniałam. Początek, choć stosunkowo niezrozumiały, okazał się być plastrem na ranę mojego wygłodniałego Borejków serca. Każde słowo, oczywiście, było kolejnym kęsem dopiero zaczynającej się literackiej uczty. Ich niewielką liczbę wynagradzała, jak zwykle, obfita treść. "Mamy dużo czasu" - zdawały się mówić. "Usiądź, delektuj się i chłoń nas!". 
Czego, jak możecie się domyślić, nie omieszkałam zrobić. 
Nie minęło dwadzieścia stron, kiedy już ryczałam ze śmiechu, a nie minęło dwadzieścia pięć, gdy dosłownie spadłam na podłogę trzymając się za brzuch. Nikt nie rozbawia mnie tak, jak Musierowicz! Jak ja w ogóle mogłam choć przez chwilę wierzyć, że jej pomysły rzeczywiście - jak twierdzi wielu - się wypaliły? Nic bardziej mylnego. Wprowadzenie narracji z perspektywy kogoś zupełnie nieborejkowego, choć ryzykowne, okazało się być potrzebnym powiewem świeżości. Tym razem okolice Poznania oglądamy oczami Doroty - wychowywanej przez dwie babcie nastolatki, która ma na głowie całe gospodarstwo, a wracając pewnego dnia do domu... znajduje nieprzytomną Idę! Tu już zupełnie się uspokoiłam. Przecież wejście na scenę mojej ulubionej rudej Borejkówny, nie mogło wróżyć niczego złego. Przeciwnie - dzięki temu Wnuczkę do orzechów odebrałam jako najlepszą część od czasów Kalamburki. A kiedy z żalem opuszczałam odpoczywającą od męża i syna Idę, trafiałam na wieś do Pulpecji, gdzie znalazła się - z powodu upału w mieście - cała reszta rodziny. I czułam się, jakbym wróciła do dawno nieodwiedzanego domu. 

Jeśli wspomniałam, że początek książki był plastrem, to całość zamieniła się w porządną apteczkę z lekarstwami na wszystkie dolegliwości duszy. Oprócz tego, że Wnuczka jest przezabawna, to emanuje też zwykłą serii czułością, wszechobecną miłością, ciepłem rodziny. To takie potrzebne! Jeżycjada jest ostatnim cyklem, o którym można by powiedzieć, że koloryzuje rzeczywistość. Ciemne strony świata oczywiście istnieją, ale chowają się gdzieś na uboczu. Po co się nimi zajmować, skoro wśród nas jest tyle miłości i dobra? Książki Musierowicz uczą, jak się na nich skupiać. A jednocześnie opowiadają o samym życiu, niczym innym. Podnoszą na duchu bardziej, niż najbardziej mdła i słodka fantazja. Bo jak to się dzieje, że ile razy pojawiają się postacie Mili i Ignacego, moje oczy zamieniają się w fontanny? Przecież ich miłość nie jest ani najromantyczniejsza na świecie, ani najbardziej namiętna. A jednak to się rozumie samo przez się, że... jest. Obecna, szczera i wieczna. I o takiej właśnie marzę. Ale poza Milą i Ignacym moje wzruszenie wywołali - ponownie - Ida oraz Marek, a także Dorota i... no właśnie, kto? Kim jest tajemniczy osobnik w białej czapce?

Mogłabym mówić, jak bardzo kocham tę serię, tę rodzinę, tę autorkę i wreszcie - tę książkę, do rana. Nie rozumiem, jak można mówić, że nowe tomy "to już nie to samo". Jasne, wszystko się pozmieniało. Właściwie mnie też bardziej odpowiadały te początkowe części. Ale jak można nie widzieć tego, że to wciąż jest ta sama przezabawna, a jednocześnie wprowadzająca chwile powagi i wzruszenia Musierowicz; ci sami Borejkowie? Ktoś, komu nie podoba się "nowa Musierowicz" ma chyba mały problem z faktem upływu czasu - a to znaczy, że tym bardziej powinien sięgnąć po Wnuczkę. Tak samo ktoś, kto w ogóle Jeżycjady nie ceni, ma według mnie kłopot z brakiem ciepła ogniska domowego, które jest demonstrowane z takim entuzjazmem w tej serii; a to także oznacza, że powinien czym prędzej zabrać się za książki o Borejkach. Mają one tylko jedną, jedyną wadę: są za krótkie. Ale przecież od dawna mówi się, że od stołu należy wstawać z lekkim niedosytem...

Pewnie, że nie trzeba ślepo ufać każdemu. Ale żyć całkiem bez zaufania do ludzi jest chyba trudno i źle. I nudno!!!


Pani Małgosiu, dziękuję!

piątek, 19 grudnia 2014

Nierówne starcie czytelnika z autorem (Morderstwo w Orient Expressie - Agatha Christie)

Przedstawiam Wam panią Agatę Christie!
Nie musicie się denerwować. Jedyne, co należy uczynić przed oficjalnym zapoznaniem się, to przygotować się ewentualnie na to, że można się przy pani Agacie łatwo poczuć się wykiwanym i przechytrzonym niczym małe, nieinteligentne dziecko. Nie zawsze jest łatwa w obejściu, ale jednak z pewnością - jedyna w swoim rodzaju. Chociaż to moje dopiero trzecie z nią spotkanie, to mogę z przekonaniem powiedzieć, że nie ostatnie. Dzięki jej bogatemu dorobkowi literackiemu czeka mnie jeszcze nawet do 60! kolejnych.
Już ją znacie? Nie? Naprawdę, najwyższa pora to zmienić. Zapraszam na recenzję małego, ale za to bardzo obfitego w doznania, mojego własnego, nie pierwszego już, zapoznania.

Herkules Poirot wyrusza w drogę powrotną z Azji do Europy. Orient Express, którym podróżuje, jest wyjątkowo zatłoczony. Wydawałoby się więc, że miejsce nie sprzyja popełnianiu morderstw. Nic bardziej mylnego... A równocześnie z zakłuciem jednego z pasażerów, pociąg utyka w śnieżnych zaspach. Nie mogąc liczyć na wsparcie policji, Poirot musi rozwiązać zagadkę sam.

Morderstwo w Orient Expressie to, jak wspomniałam, książka Agaty Christie - a na dodatek jedna z najbardziej znanych jej książek. Wątpię więc, aby była istniała potrzeba wymieniania jej zalet technicznych - wspomnę może tylko, że jest napisana w taki sposób, że właściwie nie czyta się jej, a połyka w całości.
W dzisiejszym tekście pragnę skupić się raczej na "ludzkiej" części Morderstwa. Szeroka gama charakterów postaci oczywiście nie jest niespodzianką, ale jednak w pewien sposób odbiega od sylwetek bohaterów z czytanych przeze mnie już I nie było już nikogo oraz A.B.C. W tamtych pozycjach wszystkie postacie pochodziły z jednego środowiska i były w jakiś sposób ze sobą związane. Jeśli nie cechami charakteru, to przeszłością, albo przynajmniej wspólnym miejscem zamieszkania. Natomiast sami wiecie, jak dziwną zbieraniną ludzi są pasażerowie jednego wagonu pociągowego. Mamy do czynienia z bogatą księżną i ubogą pokojówką, powściągliwym Anglikiem i gadatliwym Włochem, cichą skromną Szwedką i uwielbiającą plotki panią Hubbard (która notabene niejednokrotnie wywoływała mój szczery uśmiech). Jest zatem interesująco. Na szczęście detektyw Poirot nie ma, jak zwykle, najmniejszego problemu z dokonaniem chłodnej analityki ludzkich zachowań i bezbłędnie rozwiązuje łamigłówkę. To druga i ostatnia poniekąd kwestia, którą chcę dziś omówić. Jasne, że spodziewałam się, iż zakończenie będzie nieprzewidywalne, ale jako że ostatnią powieść Christie czytałam w lutym, zdążyłam już zapomnieć, na co autorkę stać. A stać na naprawdę, naprawdę wiele. Nauczona doświadczeniem dwóch wspomnianych książek (których końcówki także zwalały z nóg), próbowałam wytypować najmniej prawdopodobną osobę, z myślą, że znając panią Agatę, to z pewnością będzie ona. Ale niestety nie ma tu mowy prawidłowym o wytypowaniu kogokolwiek. Zakończenie Morderstwa w Orient Expressie przerasta wszystko, co mogłabym sobie wyobrazić. Christie raz za razem znajduje sposób, aby zagrać swojemu czytelnikowi na nosie. To wydaje mi się aż... niemożliwe. Jak można wymyślić chociaż jedną taką historię? A co dopiero kilkadziesiąt podobnych? To naprawdę nie fair. Czytelnik przegrywa na starcie z autorką tylko dlatego, że ma ona na nazwisko Christie. 

Nie mam już nic więcej do powiedzenia. Wiecie już wszystko, co powinniście wiedzieć: że Morderstwo w Orient Expressie jest genialne, i że musicie sięgnąć po nie najszybciej, jak możecie. Książka może nie spodobać się co najwyżej komuś, kto zwyczajnie nie potrafi przegrywać z kretesem.

niedziela, 14 grudnia 2014

Tournée źródłem nieporozumień (Swobodna - S.C Stephens)

Kiedy mówi się o wielkich gwiazdach wyruszających na podboje innych państw, zawsze myśli się o ich sukcesie, przygodach i marzeniach czekających na spełnienie. Ciasny autokar przemierzający kraj, pisanie w nim nowych piosenek, ekscytujące koncerty przed wielotysięczną publicznością - właśnie tak kojarzy mi się słowo tournee. Tęsknota za miejscami zostawianymi za sobą czy ukochanymi osobami - a już zwłaszcza vice versa! - jest już mniej oczywista. Jednakże, jak się okazuje, emocje jej towarzyszące mogą być wystarczająco silne i złożone, aby napisać o nich 600-stronicową książkę!

Kierze wydaje się, że widmo trójkąta miłosnego komplikującego jej życie jeszcze kilka miesięcy wcześniej wreszcie znikło. Do czasu, kiedy Kellan oznajmia jej, że on i jego zespół wyruszają w półroczną trasę koncertową dającą im niepowtarzalną szansę. Dziewczyna, nie chcąc powtórzyć swoich poprzednich błędów, niechętnie przystaje na to. Tymczasem niedługo potem w mieście pojawia się jej były chłopak, Denny...

Muszę przyznać, że moje wymagania wobec Swobodnej były dość sprecyzowane. Bezmyślna podobała mi się, ale nie jest chyba tajemnicą, że mimo to nie była niczym szczególnym. O drugiej części słyszałam natomiast coś innego: miała być wyraźnie lepsza od poprzedniczki. Zatem nie mogłam nie myśleć o tym, biorąc się do czytania. Na szczęście - rzeczywiście była taka! 
Nie potrafię określić, czym jest to spowodowane. Zanikiem znienawidzonego przeze mnie motywu trójkąta miłosnego? A może odrobinę mniejszą nieśmiałością Kiery - a więc troszeczkę rzadszym rumieniem się i irytowaniem czytelnika nieustannym powtarzaniem "po co to powiedziałam?"? Do tego ostatniego przyczynia się z kolei stosunkowo duża objętość zarówno pierwszego, jak i drugiego tomu: chcąc nie chcąc, w końcu się do bohaterów przyzwyczaja, a nawet obdarza ich sympatią. Przecież zdołałam zaakceptować nawet główną bohaterkę! A poza tym w Swobodnej jest znacznie więcej emocji. Nie spotkamy się już z chłodnym analizowaniem, co będzie najlepsze w danej sytuacji. Zastępują to tęsknota, miłość i inne namiętne uczucia. Także nienawiść. Uwierzcie, że w Swobodnej można się do końca zatracić! Brakuje nawet czasu  na zastanowienie się, co czeka kilka stron dalej - liczy się wyłącznie chwila obecna. Tempo czytania i napięcie potrafią wzrosnąć nawet do tego stopnia, że niecierpliwie omija się wzrokiem opisy, a pochłania wyłącznie dialogi. Do tych pierwszych wraca się dopiero, gdy adrenalina opadnie - nie można od tego uciec. Książkę czyta się naprawdę szybko i zachłannie. W jeden dzień pochłonęłam pół tej obszernej księgi, która w innym wypadku zajęłaby mi jakieś dwa tygodnie. Można? Można. 

Podobnie jak w przypadku Bezmyślnej, jestem zmuszona napisać tutaj, że drugi tom serii o Kierze zdecydowanie nie należy do literatury wysokich lotów. Jeśli oczekujesz powieści z wyższej półki możesz się srogo na Swobodnej zawieść. Jeżeli jednak wahasz się, pozwolę sobie udzielić ci rady - sięgnij po powieść Stephens, ale nie myśl za dużo nad nią. Wpadniesz w tę samą pułapkę, co Kiera. Po prostu czytaj i pozwól, aby historia cię prowadziła. Zapomnienie o bożym świecie - gwarantowane! A czy nie właśnie tego - relaksu i zapomnienia - chcesz w czasie zbliżającej się przerwie świątecznej?


Za możliwość poznania dalszych losów Kiery i Kellana
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat!


(przypominam o konkursie, w którym możecie wygrać Swobodną - KLIK!)

wtorek, 9 grudnia 2014

Anioł też człowiek... (Tam, gdzie spadają anioły - Dorota Terakowska)

Zdarza ci się powiedzieć, że ktoś rozwiał twoje marzenia? Zniechęcił do czegoś? Lub - podciął ci skrzydła? Z pewnością. Całe szczęście, że ludzkie "skrzydła" tak szybko, zazwyczaj, odrastają. Co innego anielskie. 
Wyobraź sobie teraz, że jesteś czyimś aniołem stróżem. Bronisz go przed złem świata i przed samym sobą, kiedy nagle coś (ktoś?) pozbawia cię twoich skrzydeł. Jesteś bezsilny i bezbronny. Nie możesz nic zrobić. Jak się zachowasz? I co uczyni twój podopieczny? Na te pytania musi odpowiedzieć sobie Ave, bohater mojej obecnej lektury szkolnej - Tam, gdzie spadają Anioły. 


Książka Terakowskiej, chociaż lektura, jest lubiana przez młodzież. Chyba nie spotkałam się jeszcze z osobą, która - jeśli ją oczywiście przeczytała - powiedziałaby, że jest ona nieciekawa! Natomiast ja będę tu niestety wyjątkiem. Może ze względu na liczbę przeczytanych już książek; widoczny kontrast pomiędzy dziełem autorki Poczwarki a książkami na przykład Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk? Nie wiem. Prawda jest jednak taka, że podczas kiedy moja przyjaciółka określiła Tam, gdzie spadają Anioły mianem "uduchowiającej", mnie ona nie natchnęła zdecydowanie. 

Wiecie, że lubię tajemnice w książkach. Gwoli ścisłości - w wielu przypadkach tylko ona jest mi potrzebna do szczęścia. Dzieło Terakowskiej jest natomiast całkowicie jej wyzbyte i zwyczajnie czarno-białe. Od razu wiadomo, kto jest dobry, a kto zły; kogo należy lubić, a kim gardzić. Nie jest nawet wielką zagadką, dokąd cała historia zmierza oraz w jaki sposób się skończy. Nuda. Nie ma tu miejsca na samodzielne myślenie - a przecież dedukowanie, co stanie się potem, jest w czytaniu najprzyjemniejsze! 
Poza tym w książce raziły mnie strasznie pseudomądrości wciskane na chybił-trafił w dialogi. Pomijając nawet to, że w żaden sposób nie odnosiły się one do prowadzonej rozmowy, utrudniały oporną już i tak lekturę i sprawiały wrażenie, jakby autorka myślała sobie "o, tu wstawię złotą myśl!" - w moim odczuciu nie mówiły one o niczym konkretnym. Dużo słów, a mało w nich sensu, rozumiecie? Słowem: klasyczny przykład przerostu formy nad treścią. 
Kiedy już jesteśmy przy dialogach, warto wspomnieć także o osobach prowadzących je. Nie można ich określić mianowicie inaczej, niż dwuwymiarowi (z powodu wymienionego dwa akapity wyżej) i schematyczni. Zapracowani rodzice, niedopilnowane dziecko, opiekuńcza babcia dwie uliczki dalej. Nic szczególnego. O wiele ciekawsza wydawała mi się sąsiadka zwana przez główną bohaterkę, trzynastoletnią Ewę, Panią Samą - szkoda tylko, że poświęconych było jej łącznie zaledwie kilkanaście stron. Ona na pewno nie zrobiłaby czegoś tak naciąganego jak uwierzenie w anioły ze strony na stronę...

Chyba zdążyliście się już zorientować, że Tam, gdzie spadają Anioły zdecydowanie mnie nie porwała. Myślę mimo wszystko, że to dobrze, iż jest ona lekturą. Powinna spodobać się komuś, kto jest bardzo religijny; natomiast ktoś, kto i tak nie wierzy, na pewno podejdzie do niej sceptycznie. Wydaje mi się, że została ona stworzona dla ludzi, który wierzą tak połowicznie, jak ja. Na mnie może akurat nie zadziałała, ale kto wie, jak będzie z tobą? Może przeczytanie jej jest zapisane w twoim przeznaczeniu? Spróbuj!

czwartek, 4 grudnia 2014

Szukając lekarstwa na utratę samego siebie (Lawendowy pokój - Nina George)

Rzadko kiedy trafiam na książkę, która samym swoim tytułem sprawia, że moje serce zaczyna bić w rytm słów "chcę ją przeczytać!". Ostatni raz - w lipcu, kiedy przeczytałam opis i zobaczyłam zapierającą dech w piersiach okładkę Lawendowego pokoju. Prawdę mówią nie przeczytałam nawet ani jednej jego recenzji. Wiedziałam tylko tyle, że wszyscy go kochają i że ja także pragnę go pokochać. Czy się udało? A jakże! Tylko dlaczego musiałam czekać na to tak długo?

Poznajcie Jeana Perdu - księgarza, który czyta w ludzkich duszach z równą lekkością jak słowa na kartkach. Prowadzi Aptekę Literacką, w której dobierając właściwe książki leczy złamane serca, żałobę po utracie bliskich i zwykłą samotność. Mężczyzna nie potrafi jednak pomóc sam sobie: od 21 lat próbuje pogodzić się z odejściem swojej kochanki... Do czasu, aż znajduje list od niej, odbija od portu i w towarzystwie dwóch kotów, ośmiu tysięcy książek i jednego początkującego pisarza wyrusza na jej poszukiwanie. 

Według mnie jednym z najważniejszych aspektów każdej pozycji jest jej atmosfera. Bez odpowiedniego klimatu ani rusz wczuć się w opowiadaną historię, choćby była najsmutniejsza czy najpiękniejsza na świecie. Na szczęście Lawendowy pokój jest jedną z ostatnich książek, o których można by powiedzieć, że nie mają właściwego nastroju. Jest on przepełniony wszystkim tym, co kocham: tajemnicą i zapachem starych stron; kurzem dawno nieotwieranych książek oraz tego, co było i nie wróci. Poza tym nie wolno zapomnieć o niepozbawionym smaku humorze i stylu autorki przypominającym mi ten najpiękniejszy możliwy - zafonowski. Jednak to nie dlatego dzieło Niny George tak idealnie wpasowuje się w moje literackie gusta. Po prostu jest to książka pełna poezji, nostalgii i miłości wartej przenoszenia dlań gór. Opowiada o strachu przed życiem i samym sobą oraz utracie marzeń, które już dawno przeminęły. Daje nadzieję, że na każdego czeka gdzieś miłość, dla której będzie się gotowym spontanicznie wsiąść w statek i płynąć dniami i nocami. Emanuje tysiącem różnych emocji, z którymi bohaterowie muszą sobie radzić bez żadnego znieczulenia - a czytelnik razem z nimi. I przede wszystkim, wypełnia puste miejsce w sercu niczym puzzel o lawendowej barwie. 

Muszę niestety przyznać, że czasem miałam jednak wrażenie, jakbym czytała same luźne, niepowiązane ze sobą w żaden sposób sentencje; bez obecności jakiejkolwiek fabuły. Fakt faktem nie jest ona najmocniejszą stroną Lawendowego pokoju - w gruncie rzeczy opiera się właściwie jedynie na walce z przeszłością, w której stawką jest najwyższa wygrana: miłość. Postacie powieści również nie sprawiły, abym pragnęła zaprzyjaźnić się z nimi czy choćby je poznać. Mimo to najważniejsze według mnie było tu przesłanie - i co jak co, ale akurat ono było niesamowite i z pewnością wyrównywało wspomniane małe niedoskonałości.

Lawendowy pokój nie jest pozycją idealną, tak samo zresztą jak jego bohaterowie, ich wybory oraz samo życie. To po prostu książka dla poszukiwaczy - świata, czy samych siebie - której nie można określić w inny sposób niż - kochana. Uwierzcie, gdybyście kiedyś wybrali się do Apteki Literackiej z prośbą o radę, Perdu poleciłby Wam właśnie tę książkę. Musicie ją więc przeczytać! Chyba nie zignorowalibyście wskazówki najwrażliwszego księgarza na świecie? 

Cała miłość. Wszyscy umarli. Wszyscy, z którymi zetknęliśmy się w życiu. Oni są jak rzeki wpadające do oceanu naszej duszy. Jeżeli nie będziemy chcieli o nich pamiętać, ocean wyschnie.

piątek, 28 listopada 2014

Zmuszona do podjęcia decyzji (Bezmyślna - S.C. Stephens)

Czy obyczajówki mieszczą się w kanonie książek, które zwykłam czytać? Jak najbardziej! Uwielbiam poznawać opowieści, które mają prawo zdarzyć się w rzeczywistości: według mnie to dodaje im większej magii, niż jak gdyby opowiadały o czymś zupełnie niestworzonym. Nie mogę pominąć jednak tego, że fabuła dzieł owego gatunku może być mimo wszystko obmyślona w sposób bardziej lub mniej interesujący i prawdopodobny. Bezmyślna właściwie należy do tej drugiej kategorii. Od początku mocno kojarzyła mi się z Ostatnią spowiedzią, za którą notabene nie przepadam. Kto by pomyślał, że tak wciągnę się w tę historię?


Kiera Allen jest młoda, piękna, inteligentna i bardzo nieśmiała. Przeraża ją zamieszkanie w odległym od rodzinnego domu o tysiące kilometrów Seattle. Jednak myśl o wspólnym życiu ze swoim chłopakiem Denny'm i otrzymaniu stypendium trochę pomaga jej w tym. Poza tym na miejscu okazuje się, że jej współlokatorem jest lokalna gwiazda rocka, najprawdopodobniej najprzystojniejszy mężczyzna na świecie i... przyjaciel Denny'ego. Natomiast on sam wyjeżdża na dwa miesiące w sprawach służbowych... 

Początek rzeczywiście nie był najbardziej zachęcający na świecie. Zacznę od tego, że "bezmyślna" to świetne określenie Kiery. Już dawno nie spotkałam się z postacią fikcyjną, która irytowała mnie tak mocno, jak ta dziewczyna! Uważająca siebie za zupełnie nieatrakcyjną, podczas kiedy wszyscy wiedzą, że jest inaczej; wiecznie karcąca siebie i powtarzająca "co się ze mną dzieje, dlaczego to powiedziałam?!"; ze względu na swoją szczególną pruderyjność (co było skądinąd dziwne, biorąc pod uwagę tematykę książki) rumieniąca się po kilka razy na stronę... a przy tym wiecznie niezdecydowana! Przysięgam, że czułam do niej autentyczną nienawiść. Po zastanowieniu przyznam jednak, że nawet tak destrukcyjne myśli, jak te, które mnie nawiedzały, są o wiele lepsze niż zimna obojętność. 

Jednak dzięki wyjątkowo dużej liczbie stron książki, zdołałam się w końcu do Kiery przyzwyczaić, a nawet w pewien sposób przywiązać. Ba, nawet przełknąć obecność trójkąta miłosnego, w którym kobieta uczestniczyła! Pomyślałam wtedy, że pozycja ta byłaby naprawdę dobra, gdyby tylko zmienić w niej narratora. Zobaczyłam też, że historia jest warta uwagi o wiele bardziej, niż myślałam. Na pewno nie nadzwyczaj oryginalna ani tym bardziej ambitna, ale niezwykle wciągająca. Nie spodziewałam się tego, ale Bezmyślna na kilka cudownych chwil sprawiła, że zapomniałam o bożym świecie. W pewnym momencie złapałam się nawet na tym, że napinam mięśnie ze strachu przed tym, co będzie dalej. Dziwiąc się sama sobie, stwierdziłam, że po prostu nie potrafię przejść obojętnie wokół takiej mieszaniny skrajnych emocji...

Jak wspomniałam, Bezmyślna nie należy do grupy książek "wyrafinowanych". Raczej do tych przyjemnych i lekkich, które kończą się, zanim się obejrzysz. Jeśli jednak wciąż nie jesteś przekonany, zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie wypowiadane czułe słowa miłości, przyspieszone oddechy i pobrzmiewające w tle ciche dźwięki rockowych ballad. Nie widzisz jednakże twarzy roznamiętnionej pary, a musisz - musisz! - je poznać. Odpowiedz sobie na pytanie, co możesz w tej sytuacji zrobić. A biegnąc do księgarni, nie zapomnij wziąć portfela!



Za Bezmyślną bardzo dziękuję Wydawnictwu Akurat!

sobota, 22 listopada 2014

"Jeśli spłoniemy, ty spłoniesz razem z nami" (Kosogłos, 2014)

Wczoraj, w dniu premiery, miałam okazję obejrzeć Kosogłosa. A wiecie, ja nie lubię science fiction. Nawet bardzo nie lubię. No dobra, według mnie to właściwie najgorszy gatunek filmowy, jaki tylko istnieje. A jednak... jak na razie lubię wszystkie trzy adaptacje książek z serii Igrzyska Śmierci. Zapraszam na recenzję najnowszej z nich! Jak się okazuje, to, co reżyser (Francis Lawrence) wyprawia na ekranie, nie może nie poruszyć nawet mnie.

Katniss Everdeen trafia do Dystryktu 13, który funkcjonuje i ma się dobrze. Dziewczyna niechętnie zgadza się zostać Kosogłosem i kręcić tzw. propagity, w których namawiać będzie ludność z pozostałych dystryktów do buntu. Jednocześnie nie przestaje myśleć i Peetcie, który pozostał na arenie i prawdopodobnie nie żyje.


Nie myślcie, że zakochałam się w tym filmie bez pamięci, że stał się moim ulubionym, i że mam po nim kaca niepozwalającego mi sięgnąć po żadną książkę czy film przez miesiąc. Nie. Mówię otwarcie, że były długie momenty, kiedy nic się nie działo i zwyczajnie się nudziłam, marzyłam o zakończeniu. Chociaż "nic się nie działo" to chyba złe określenie. Może i działo się, ale raczej nic wartego uwagi. Nie wiem też, czy tylko ja i Karola jesteśmy tak nieogarnięte, ale miejscami naprawdę trudno było się połapać, co się właściwie dzieje oraz kto jest kim. Poza tym, choć poniekąd jest to całkowicie niezależne od jakości filmu, te wszystkie nowoczesne technologie w Panem wydawały mi się kompletnie absurdalne po po pierwsze ze względu na panującą wokół biedę, no i swoją drogą przez ich zupełnie nieprawdopodobieństwo. 

Nie mogę nie przyznać jednak, że chwilami zapominałam o bożym świecie i gapiłam się w ekran jak sroka w gnat. Udało mi się tak wciągnąć, że w pewnym momencie pod koniec Kosogłosa aż podskoczyłam! No i straaasznie poruszały mnie momenty takie jak te, kiedy Katniss oglądała zgliszcza Dystryktu 12, czy gdy budziła się z krzykiem z koszmarów dotyczących areny. Wtedy przypominałam sobie, że fantastyka fantastyką, ale prawdziwe wojny wywołują w ludziach podobne uczucia. Okropność. A poza tym, wreszcie polubiłam parę Finnick i Annie. Pewna scena pod koniec - nie spoileruję - była przecudowna i stała się moją ulubioną. 

Nie zachęcam tak, jak robią to inni, ale miejcie też na uwadze moje zwykłe gusta filmowe. Jeśli macie podobne do moich, śmiało możecie obejrzeć Kosogłosa (a jeśli nie macie, tym bardziej powinniście to zrobić). Jest to dobry film, mimo wszystko naprawdę warty obejrzenia, nawet tylko dla kilku momentów. I uwierzcie, nie wypowiadałabym tych słów, gdyby był to jakikolwiek inny film science-fiction. 

wtorek, 18 listopada 2014

Przymusowa podróż na Wyspę Skarbów

Nigdy więcej lektur.
(Lektur, które wydają mi się beznadziejne już na pierwszej stronie - reszta, czemu nie?)
Zmęczyło mnie już pierwsze zdanie, ale zacisnęłam zęby. Stwierdziłam, że jakoś przeczytam, że powinnam, że to w zasadzie dobry pretekst, żeby nie uczyć się matmy. Ale nie jestem pewna, czy już nie wolałabym się uczyć o bryłach obrotowych. Na dodatek źle poszedł mi test, bo byłam tak zaabsorbowana tym, żeby zrozumieć słowa, które czytam i mniej więcej zapamiętać chronologię zdarzeń, że na szczegóły nie zwracałam uwagi. Chociaż na takie, jak na przykład imię papugi, która pojawiła się jakieś całe dwa razy, i tak bym pewnie nie zwróciła, ale to inna sprawa - czego się spodziewać po sprawdzianach z lektur w szkole? 
O czym mowa? O Wyspie Skarbów Roberta Stevensona. 
Choć może nie jestem właściwą osobą, żeby krytykować książkę, którą w końcu ktoś musiał wybrać na szkolną lekturę - zapraszam na wielkiego, wielkiego hejta. 

Zacznijmy od fabuły opierającej się na postaciach piratów i poszukiwaniu wyspy skarbów. W mojej ocenie było to coś zupełnie z kosmosu - równie dobrze mogłabym czytać o ziejących ogniem smokach. Ale pomijając jej absurdalność, przynajmniej z dzisiejszego punktu widzenia, wydawać by się przecież mogło, że będzie to emocjonująca, przygodowa powieść! Przygodowa poniekąd niewątpliwie - ale podkreślić trzeba, że przygody poszukiwaczy skarbów wloką się jak wyjątkowo powolny żółw. Uwierzcie, w Wyspie Skarbów nic się nie dzieje. Nic. Nie odczuwałam jakiejkolwiek motywacji do dalszego czytania. Przy każdym przekręceniu kartki liczyłam w myślach, ile zostało mi jeszcze do końca. Okropność! Poza tym całość składa się właściwie z trzech motywów: picia rumu, godnej pożałowania, ale przecież typowo ludzkiej żądzy bycia bogatym i wreszcie morderstw. Były one tak częste, że w końcu straciły jakikolwiek wydźwięk. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do trupów na niemal każdej stronie. A szkoda, bo przecież korsarska krew mogłaby ożywić jakoś tę niespieszną akcję. 

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. Nie planowałam tego tekstu. Po prostu: nie polecam. Chyba że wyjątkowo mocno kochacie tematykę piratów, bądź jesteście literackimi masochistami. 

czwartek, 13 listopada 2014

Tracąc zdolność do szczęścia (Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Quick)

Czy dopada Cię depresja z powodu listopadowej pogody? Czujesz się samotny? Chociaż raz w życiu zadałeś sobie pytanie "po co to wszystko"? Jesteś nastolatkiem? Okej, w takim razie wcale nie musisz mieć skłonności samobójczych. Wybacz mi, Leonardzie jest w sam raz dla Ciebie!


Leonard Peacock kończy 18 lat. Goli głowę na łyso i przygotowuje cztery prezenty, które musi dostarczyć przyjaciołom przed końcem dnia. Kiedy to zrobi, zabije odziedziczonym po dziadku Waltherem P38 Ashera Beala. A potem, aby dokończyć uroczyste obchodzenie urodzin, popełni samobójstwo. 

Czytałam już dwie powieści Quicka (Poradnik pozytywnego myślenia i Niezbędnik obserwatorów gwiazd) - obie podobały mi się, ale nie wyróżniały się z gromady innych książek, które przeczytałam w minione wakacje. Żadna też nie była tak dziwna, jak Wybacz mi, Leonardzie. Tak dziwna - ani tak dobra. Najnowsza książka Quicka (wydana w Polsce) to prawdziwy majstersztyk! Zapraszam na recenzję - mam tyle do powiedzenia! 

Nie od początku byłam do tej książki przekonana. Albo raczej - do jej głównego bohatera. Fabuła zapowiadała się obiecująco, natomiast Leonard... Leonard irytował. W głównej mierze swoją tendencją do analizowania wszystkiego (kto zadaje milion pytań na minutę? jak ktoś taki w ogóle zasypia?), choć znalazłoby się też kilka innych jego wad. Ale z czasem chłopak stał mi się naprawdę bliski, wystarczyło po prostu przyzwyczaić się do niego. Pod odrobinę denerwującą maską krył się pogrążony w depresji, zdesperowany samotnik - będący niemalże sam na świecie (bo czy liczy się matka, którą własny syn zapisuje w telefonie jako "projektantka mody Linda"?), wyalienowany ze środowiska znajomych, gotowy posunąć się do ostateczności. Trochę podobny do Holdena Caulfielda z Buszującego w zbożu, a trochę do Małego Księcia (pod względem braku zdolności do zrozumienia dziwactw dorosłych). Podczas kilku godzin lektury stał się moim najbliższym przyjacielem. I, zupełnie o tym nie wiedząc, bardzo mi pomógł. Musicie wiedzieć, że podeszłam nader emocjonalnie do Wybacz mi, Leonardzie. I choć żal było mi opuszczać quickowską Filadelfię, to końcówka powieści - dokładniej jej ostatnie zdania - zdecydowanie podniosła mnie na duchu. 

Nie mogę nie wspomnieć też o kunszcie autora, który poprawia się z każdą kolejną jego książką. Wybacz mi, Leonardzie to mimo wszystko nie tylko krzyk Leo o pomoc. To także wiele trafnych życiowych spostrzeżeń, czasem zabawnych, a czasem zmuszających do refleksji... Listy z przyszłości i wspomnienia bohatera nakładające się na siebie... Przemyślna, szczegółowa konstrukcja z wieloma wątkami zazębiającymi się ze sobą... A poza tym - uwaga, uwaga! - przypisy Leonarda. Pierwszy raz w życiu spotkałam się z takim zabiegiem i muszę przyznać, iż był niesamowicie oryginalny i ciekawy!

Wybacz mi, Leonardzie to książka, której się nie czyta: ją się połyka
Książka, która w pewien osobliwy sposób pokazuje, że tylko wariaci są coś warci. I równie pokrętnie przywraca wiarę w świat, jeśli na moment zwątpiłeś. Ukazuje że nie jesteś sam, mimo wszystko.
Książka, którą pokochasz całym sercem. Musisz się tylko pospieszyć! Jeśli sięgniesz po nią jako dorosły, może być już za późno!


Chciałbym wierzyć, że ludzie melancholijni mają przynajmniej szansę na szczęście w dorosłym życiu.
ja też, Leo. 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Jak brzmią spadające gwiazdy? (Freak City - Kathrin Schrocke)

Świat dwudziestego pierwszego wieku pogrążony jest w hałasie. Odznacza się on najwyraźniej dla osób, które - jak ja - od czasu do czasu składają wizytę wielkiemu miastu, nie żyjąc w nim na co dzień. Czy żyjąc w tak oszałamiającym huku, nie mogąc zatrzymać się na moment, aby posłuchać własnych myśli, nie tęsknicie czasem za ciszą? Pomyślcie, że dla niektórych jest ona czymś zupełnie normalnym. A ceną, którą za nią płacą, jest to, że nigdy nie usłyszą nie tylko hałasu, ale i rozdzierającej serce muzyki, śpiewu świerszczy w letni wieczór oraz słów "kocham cię".


 Mika ma piętnaście lat i właśnie rozstał się z Sandrą, miłością swojego życia. Chłopak nie może pozbierać się po zerwaniu; żyje wyłącznie myślą o powrocie dziewczyny. Pewnego dnia, snując się ze znajomymi po mieście, spotyka dziewczynę, Leę. Jest bardzo ładna i jako pierwsza osoba sprawia, że choć na chwilę odrywa się od tematu zerwania. Okazuje się jednak, że Lea jest głucha. Czy znajomość z nią ma szansę na przyszłość?

Staram się zebrać myśli i odpowiedzieć przed sobą na pytanie, dlaczego Freak City tak bardzo mi się podobało. Na pewno doskonale przedstawia ono współczesny świat - w tym oczywiście problem niepełnosprawności w społeczeństwie. Nie byłoby prawdą, gdybym napisała, że inni autorzy boją się tego tematu, jednak nikt nie podejmuje go w tak ludzki sposób. Freak City pozbawione jest zbędnej litości dla osób głuchych, obfituje za to w potężną dawkę emocji. Uczucia grają tu ważną rolę. Uczucia, i miłość. Poza tym w której innej książce czytelnik może się dowiedzieć, jak głucha młodzież spędza swój wolny czas? 
Apropos młodzieży, bardzo zdziwiła mnie rzetelność kreacji Miki! Może nie dostrzec tego ktoś, kto (jak ja i główny bohater) nie ma piętnastu lat, ale postać chłopaka została idealnie przedstawiona. Czasem bawi i wywołuje szczery śmiech, a czasem irytuje - jednak w ciągu lektury wyraźnie dojrzewa i trudno go nie polubić. Tak samo rzecz ma się z Leą. Wyjątkiem jest jedynie Sandra, która pomimo nieprzyjemnego charakteru zapunktowała u mnie słabością do mojej ulubionej wokalistki Pink.

Klucz nie tkwi jednak w szczegółach technicznych, ani nawet w przywiązaniu do bohaterów. Freak City czyta się tak przyjemnie i lekko ze względu na tajemniczą hipnotyzującą siłę emanującą z samego serca Ciemnej Kawiarni. Uwierzcie mi, od tej książki nie można się oderwać. Autorzy lektur szkolnych mogliby brać przykład z Kathrin Schrocke!

Freak City nie jest literaturą wysokich lotów i zapewne nie spodoba się komuś, kto nie jest w wieku zbliżonym do bohaterów powieści, jednak mnie oczarowało. Zupełnie się tego nie spodziewałam, ale koniec witałam z autentycznym żalem! Przeczytajcie Freak City, nawet jeśli jesteście pełni wątpliwości. Jestem pewna, że wam się spodoba. A jeśli nie - przynajmniej dowiecie się, jaki odgłos wydają spadające gwiazdy. 



Za możliwość poznania odpowiedzi na to pytanie
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dreams!

sobota, 8 listopada 2014

O demonach pewnej modelki (Wołanie kukułki - Robert Galbraith)

Jak wiecie, w telewizji od kilku lat leci program Top Model. Wszyscy moi znajomi z namiętnością go oglądają, aby następnie rozprawiać o wszystkich dziewczynach razem i każdej z osobna. Męska część patrzy na modelki z przyjemnością (z wiadomych względów), żeńska - z zazdrością urody i sławy. Jeśli chodzi o mnie, to dawno temu obejrzałam jeden odcinek, po czym po połowie go wyłączyłam. Nie mogłam patrzeć na tych kilkanaście półnagich dziewczyn, rozwodzących się w kółko nad tym, jak to źle czują się w swoim ciele, podczas kiedy wiele kobiet oddałoby wszystko za ich figury. Nie bierzcie tego do siebie, jeśli lubicie oglądać Dżoanę - nie mam nic do tego, po prostu tego nie rozumiem. W życiu nie chciałabym zostać modelką. Tym bardziej, że - jak się okazuje - może się znaleźć niejeden motyw, aby modelkę zabić...

Cormoran Strike jest detektywem trwale okaleczonym podczas wojskowej służby, który właśnie rozstał się z kobietą swojego życia. Dostaje zlecenie przyjrzenia się samobójstwu znanej modelki Luli Landry. Bratu dziewczyny wydaje się, że mogło być to morderstwo. Jednak kto poza jej chłopakiem, z którym przedtem się pokłóciła i który ma żelazne alibi, mógłby chcieć ją zabić?

Robert Galbraith to, jak wiadomo, pseudonim J.K. Rowling. Tej Rowling od serii o Harrym Potterze, o której będą zapewne mówić jeszcze kilka pokoleń po nas i którą przeczytałam jakieś 10 razy już w podstawówce, i tej od Trafnego wyboru, który z kolei po prostu znienawidziłam. Jak wypada natomiast najnowsza książka autorki? Odpowiem: przeciętnie. Czyli w zasadzie dokładnie tak, jak się spodziewałam, mając na uwadze wiele przeczytanych negatywnych recenzji i niesamowicie entuzjastyczną opinię mojej mamy w drugim narożniku. 

Przede wszystkim mamy do czynienia z tak przeciętnymi postaciami, jak to tylko możliwe. O zwykłych charakterach i zwykłych kłopotach. Problemy sercowe i zdrowotne Strike'a, problemy tożsamościowe Luli, zazdrość narzeczonego Robin (asystentki mężczyzny) i inne tego typu. Nic nadzwyczajnego, w moim odczuciu normalne zmartwienia normalnych ludzi. Postacie są więc czytelnikowi zupełnie obojętne, w najmniejszym stopniu może stosunkowo barwna postać Robin. Prawie równie barwna jak jej włosy! Dopatrzyłam się mianowicie nieścisłości - autorka kilka razy podała różny kolor włosów kobiety, a ani razu nie wspomniała o jej przefarbowaniu się. Ale nawet pomijając tę drobną pomyłkę, znajdzie się też kilka większych. Na przykład strasznie charakterystyczny styl Rowling, pewne specyficzne dla niej zwroty, powtarzające się we wszystkich jej książkach. Pomyślcie, jak głęboko musi być to zakorzenione, skoro rozpoznawalne jest nawet przy różnych tłumaczeniach! Nie mogę też zapomnieć o strasznie powolnej akcji. Prawdę mówiąc niemalże nic się w Wołaniu kukułki nie dzieje. Przez jakąś połowę książki czytamy więcej o prywatnym życiu detektywa i jej asystentki niż o Luli. Trochę to zniechęca, ale trzeba też przyznać, że fabuła została na początku zarysowana na tyle interesująco, że lektury nie sposób przerwać, dopóki nie pozna się rozwikłania zagadki śmierci modelki. A jest na co czekać! Rozwiązanie jest niesamowicie zaskakujące, przemyślane i oryginalne. Warte również przebrnięcia dlań tych 450 stron, które urozmaicało poniekąd też dobre poczucie humoru Galbraitha i nawet naprawiało wyrządzone przez nadmierną (mocno nadmierną!) liczbę wulgaryzmów szkody w postaci skrzywień czytelnika. 

Wołanie kukułki ani mnie ziębi, ani grzeje. Nie jest wybitnie złą książką, ale nie jest też wybitnie dobrą. Nie jestem jeszcze pewna, czy będę chciała przeczytać drugi tom - Jedwabnika - ale nie wykluczam tej możliwości. Chyba sami powinniście zdecydować, czy chcecie przeczytać pierwszą pozycję spod nazwiska Galbraith. Jeśli jednak się zdecydujecie, nie oczekujcie od niej zbyt wiele!

niedziela, 26 października 2014

Targi Książki w Krakowie 2014 - fotorelacja!

Targi.
Jak to słowo pięknie brzmi.
I ile czasu czekałam, by ponownie móc je wymówić!
Zapraszam na relację z moich drugich Targów Książki. Może nie aż tak dobrych jak warszawskie, ale i tak niezapomnianych ♥

Z kochaną Julką Gorol:)

Zaczęło się od problemów z samochodem. Na kilka godzin przed Targami byłam pewna, że nie pojawię się na nich! Nie było to przyjemne. Ale w końcu się udało. Co prawda nie o 11, a o 15 (przez to nie zdążyłam na spotkanie blogerów), ale jednak. 
Na początku trafiłam na Abigail i Julie Wellgins. Niestety nie mamy żadnego zdjęcia, bo po kilkunastu minutach rozmowy dziewczyny już się zwijały. Zaraz potem natrafiłam na Julkę (zdjęcie wyżej) z bloga Wyznania Bibliofilki - obie strasznie się ucieszyłyśmy, bo byłyśmy pewne, że już się nie spotkamy, skoro dotarłam tak późno. Niedługo potem dołączyły do nas Gabi (Jane Rachel, Zanim zajdzie słońce), Patrycję (Patiopeę, Książki widziane oczami Patiopei) i Darię (Sophie Carmen, Book Reviews) i w takim składzie zwiedzałyśmy Targi. A było co zwiedzać! Dwie duże sale, duużo stoisk. Co prawda trochę słabiej zaopatrzonych niż w Warszawie, ale za to z książkami o niższych cenach. Nie można też nie wspomnieć o dzikich tłumach, jakie tam były (a korytarze niezwykle wąskie). Ale nie o tym będę  myślała wspominając Targi. Będę myślała o pięciu nowych książkach i wielu nowych znajomościach!

Julka, ja, Gabi, Daria.
Weronika, Gabi, ja, Patrycja. 

Drugiego dnia spotkałam się już tylko z Patrycją, z którą spędziłam cały dzień, oraz z Gabi i jej kuzynką Weroniką, którą miałam okazję poznać już w Warszawie. Zaczęłyśmy od spotkania z Niną Reichter, a skończyłyśmy na rozmowie z panią Magdą z Dreamsa. Dostałam nawet Freak City do recenzji:) Kupiłam także kolejne dwie książki i zgarnęłam całą masę przepięknych zakładek! Obeszłam też całe Targi kolejnych kilka razy, lepiej ogarniając już całość ze względu na o wiele mniejszy tłok. Sobota to jednak zły dzień na targowanie. 


Z Niną Reichter;)

I z Patrycją, choć akurat coś mówiłam, kiedy było robione zdjęcie. 

A teraz pora na nabytki!



  • Nicholas Sparks - Najdłuższa podróż, 27 zł
  • Kathrin Schrocke - Freak city - egz. recenzencki od Wydawnictwa Dreams
  • Diane Chamberlain - Sekretne życie Ceecee Wilkes - 28 zł
  • Matthew Quick - Wybacz mi, Leonardzie - 25 zł
  • Matthew Quick - Prawie jak gwiazda rocka - 25 zł





I to chyba tyle. Chyba nie muszę po raz kolejny mówić że było epicko. 
Do zobaczenia w maju!

niedziela, 19 października 2014

O miłości do słów (Złodziejka książek - Markus Zusak)

Zafon w którymś ze swoich dzieł powiedział, że książki są jedynymi przedmiotami na świecie, które nie zostaną skradzione, choćby pozostały opuszczone i dostępne dla każdego. Bo rzeczywiście - można kraść żywność, ubrania, wszelkie dobra materialne. Ale książki? Ukraść chciałyby je jedynie osoby, które i tak z pewnością by tego nie zrobiły. One, i pewna mała zachudzona blondwłosa dziewczynka mieszkająca w Trzeciej Rzeszy.

Matka Liesel Meminger nie może dłużej opiekować się nią i jej młodszym bratem. Dzieci mają zatem trafić do rodziny zastępczej. W drodze umiera jednak chłopiec, a jego siostra musi sama stawić czoła nowemu miejscu i nowej rodzinie. Nękana głodem, widmem wojny i wyśmiewaniem się innych dzieci znajduje zajęcie, które osładza jej samotne chwile. Czytanie. Tak spędza dnie: czytając książki i od czasu do czasu kradnąc je ze swoim przyjacielem Rudym. Do czasu, aż jej rodzina podejmuje się popełnienia najgorszego możliwego przestępstwa: udzielenia schronienia Żydowi. 

Okej, zakładam że nie ma potrzeby wyliczania, że każdy Złodziejkę książek chwalił, że był szum, film, "geniusz a nie książka" i co tam jeszcze. W zasadzie mogłabym to rozwinąć, gdybym wszystkie te opinie podzielała. A tak nie jest, w każdym razie nie do końca. Dlaczego? Przekonajcie się sami.

Styl Zusaka jest niezaprzeczalnie piękny, poetycki, pełen czarnego humoru i dosadności. Jego słowa wypowiadane przez usta narratora w postaci Śmierci z pewnością zyskują wiele nowych znaczeń i brzmień. Mnie jednak nie przekonały. Powiedzcie, że nie mam dystansu do tych spraw, do śmierci i cierpienia. Rzeczywiście: nie mam. Ale wyjaśnijcie mi, proszę, co jest poetyckiego w wojnie i bólu? I czy to naprawdę jest temat do pustego filozofowania? Według mnie nie. A pseudogłębokie i pseudooryginalne rozważania w rodzaju "zabił się, bo kochał życie" wydają mi się nie na miejscu. Zabił się, bo była wojna. I tyle. 

O wiele ciekawszy wydaje mi się natomiast wątek samej Złodziejki. Na upartego można by stwierdzić, że był odrobinę naciągany, ale na pewno niesamowicie wciągający. Czytałam, czytałam, i nie mogłam przestać! To jest mocna strona tej książki: nawet wystrzał armatni nie zdołałby oderwać od niej zaczytanego odbiorcy. Bohaterowie także szybko zaskarbiają sobie sympatię. Ciężko było mi z nimi rozstawać, ale i ciężko patrzeć na ich błędy. A przynajmniej niemądre decyzje. Niewiele brakowało mi do wrzaśnięcia na głos "nie rób tego!" w pewnym momencie. Wątpię jednak, by jakiekolwiek słowa zdołały przekonać bohaterów Złodziejki książek, kiedy raz podjęli decyzję. Nawet jeśli cała ta książka ma za zadanie uświadomić czytelnikowi właśnie wagę słów. Gdybym miała krótko scharakteryzować Złodziejkę, brzmiałoby to tak: przyjaźń, poświęcenie, miłość, cierpienie, słowa, słowa, słowa. 

Poza tym nie miejcie mnie za jakiegoś potwora. Dzieło Zusaka naprawdę mnie poruszyło! Wycisnęło ze mnie nawet kilka łez... Ale nie poruszyło bardziej, niż inne książki o tej tematyce. Umówmy się, że wszystko co dotyczy Holokaustu. jest przejmujące. Niby jest to taki trudny temat, ale tak naprawdę jakkolwiek by się o nim nie napisało, to wywołuje to łzy. Historia broni się tu sama, styl jest nieważny. Więc nawet kiedy ceną nietuzinkowej narracji jest klasyczny przykład przerostu formy nad treścią, łzy przyjdą same. Jednakże zdecydowanie polecić wam mogę lepsze, a poniekąd podobne książki. Szare śniegi Syberii na przykład. 

Trochę rozczarowałam się Złodziejką książek. Nie, nie będę wspominać jej źle. To była naprawdę dobra książka, może nawet kiedyś wrócę do niej. Dobra, lecz nie genialna, co zdają się sugerować wszyscy, którzy choć raz mieli ją w rękach. Niestety złodziejka książek nie zdołała ukraść mojego serca. Ale... i tak polecam. 

wtorek, 14 października 2014

"Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty."

Myślę, że w ciągu znajomości ze mną zdążyliście się zorientować, że za fantastyką nie przepadam. Unikam jej. Czasami jednak nie mam wyjścia i muszę zacisnąć zęby... Przykładowo w sytuacji, gdy książka omawiana jest w szkole. Uwierzcie, że słowo "wiedźmin" wypowiedziane przez moją polonistkę nieźle mnie przeraziło! Czy było aż tak źle, jak myślałam? Dowiedzcie się sami!


Ciężko jest mi streścić fabułę tego jednego opowiadania, poniekąd wyrwanego zresztą zupełnie z kontekstu, jeśli nie zna się (jak ja) poprzednich tekstów Sapkowskiego. Mianowicie poznajemy wiedźmina imieniem Geralt (nie pytajcie mnie, kim jest wiedźmin, bo właściwie nie wiem tego do tej pory), który przemierza groźny las Brokilon w celu przekazania wiadomości od króla Venzlava najważniejszej z driad, Eithne. Po drodze spotyka Ciri - dziesięcioletnią, zbiegłą ze strachu przed rychłym małżeństwem księżniczkę - która okazuje się być kandydatką na kolejną driadę. Jako jedyna wie też, czym jest prawdziwe przeznaczenie.

Dochodzę do wniosku, że opowiadań Sapkowskiego nie powinno się czytać niechronologicznie (pomińmy tu decyzję oświaty). Przez pierwsze strony czułam się jak wpuszczona na zbyt głęboką wodę. Nie wiedząc nic o świecie wiedźmina, trafiłam do krwawego i mrocznego Brokilonu. Miejsca pełnego driad i nieraz przyprawiającego o dreszcz. Miejsca, które choć z początku stanowczo mnie od siebie odrzucało, to jednak... zostało przeze mnie czule pożegnane. Tak, dobrze słyszycie! Zupełnie się tego nie spodziewałam, ale świat wykreowany przez pana Andrzeja sprawił, że na jakiś czas zapomniałam o bożym świecie. Świat - a zwłaszcza postacie. Geralt okazał się być intrygującą, nietuzinkową postacią z przeszłością, o której chętnie dowiedziałabym się więcej. Witałam też z uśmiechem każdą stronę z udziałem Ciri - rozpuszczonej, ale i tak dość sympatycznej dziewczynki. Poza tym śmiałam się w głos z poczucia humoru Freixeneta, opiekuna Ciri. A właśnie, poczucie humoru! Trzeba przyznać, że Sapkowski włada niebanalnym i wielowymiarowym dowcipem, który zaskakuje swoją prostotą na zmianę z wyrafinowaniem. Jego ostrze pada na zmianę w różne aspekty brokilońskiej rzeczywistości, jednak uważny czytelnik dostrzeże analogię pomiędzy lasem a realnością. W Mieczu przeznaczenia kryje się wiele życiowych prawd.

Nie ma przeznaczenia - jego własny głos. - Nie ma. Nie ma. Nie istnieje. Jedynym, co jest przeznaczone wszystkim, jest śmierć. 

Jeśli do tej pory skłonna byłam mówić, że fantastyka jest nijaka i mdła, jestem gotowa całkowicie zmienić zdanie. Najwidoczniej jednak po prostu trzeba ją umieć pisać. I wtedy nawet jeśli nie przepada się za "magicznymi" stworzeniami, nie można nie docenić warsztatu autora. A w tym wypadku jest co chwalić! Pan Andrzej ma specyficzny styl: trochę wulgarny i niepozbawiony podtekstów erotycznych, a poza tym szorstki, dosadny. Męski. Nie zmienił on całkowicie mojego nastawienia do tego gatunku, jednak z ręką na sercu mogę powiedzieć, że gdyby Sapkowski pisał cokolwiek innego aniżeli fantasy, czytałabym go regularnie i z jeszcze większym zadowoleniem. 

Nie jestem pewna, kto będzie bardziej tą recenzją zdziwiony: ja czy Wy. Ale cieszę się z tego. Spodziewałam się, że czytanie Miecza przeznaczenia będzie drogą przez mękę, okazało się natomiast przyjemnością! Nie mówię, że stanę się wielką fanką Sapkowskiego, ani nawet że przeczytam kolejne jego opowiadania. Ale nie mówię też, że tak się nie stanie i zapewniam, że nigdy nie usłyszycie ode mnie złego słowa na temat Wiedźmina. To może być najlepszą rekomendacją, jeśli brać pod uwagę moją ogólną opinię na temat tego gatunku książek. W tym konkretnym przypadku możecie śmiało i bez obaw sunąć do biblioteki. Może nie pokochacie Brokilonu, ale na pewno się też nie zawiedziecie. Polecam.