sobota, 31 października 2015

Czy warto czekać na miłość? (Długi wrześniowy weekend, 2013)

Właśnie skończyłam jednak oglądać film - przysięgam, pierwszy od chyba pół roku, jeśli nie dłużej- który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Wylądowałam więc tu, gdzie zwykle. Zapraszam na parę (ale dosłownie parę, bo niestety wyszłam już z wprawy) słów o "Długim wrześniowym weekendzie"!

Największe wrażenie zrobiła na mnie fabuła. Uciekinier z więzienia zmusza kobietę (w którą wciela się moja ukochana aktorka Kate Winslet), aby zaprowadziła go do domu. Mężczyz
na kuleje i chce przeczekać u niej poszukiwania policji. Rzeczywiście, w telewizji podają, że szukany jest skazany na 18 lat morderca. Frank twierdzi jednak, że jego intencje są dobre i nie chce narażać Adele... w tym celu przywiązuje ją do krzesła. Jednocześnie jednak wykonuje różne prace domowe, zajmuje się jej synem. A jeden dzień przeciąga się w kilka. Kilka dni, w ciągu których kobieta i jej syn Henry zaczynają zbliżać się do przestępcy.

Musicie przyznać, robi wrażenie! Jest rewelacyjna. Dopracowana, po prostu arcydzieło. Włączając film miałam nadzieję na ostry thriller, ale fakt, iż nie zastałam go, zupełnie mnie nie rozczarował. Produkcja Jasona Reitmana jest zupełnie inna niż się spodziewałam, ale wciąż bardzo dobra. Gra aktorska jest wyjątkowo dobra. Kate Winslet jak zwykle zachwyca, a Josh Brolin grający Franka potrafi nieźle przerazić. Thrillerem ciężko "Długi wrześniowy weekend" nazwać, ale napięcie nie opuszczało mnie przez całe dwie godziny. Film, poza świetną fabułą, jest też bardzo złożony. Poza rozwojem znajomości Adele i Franka możemy też obserwować jego przeszłość, za którą został skazany na prawie 20 lat, która z czasem ukazywana jest w coraz większym stopniu, aby w końcu przedstawić pełen obraz. Poza tym zabiegiem spodobał mi się także fakt, iż nie jest ona jednoznaczna i zmusza do refleksji. Podobnie zresztą jak cały film. W końcu nic nie jest czarno-białe.

Samo zakończenie nie usatysfakcjonowało mnie w stu procentach, ale z całego seansu jestem niezwykle zadowolona. Jeśli szukacie nieprzeciętnej produkcji, która wciągnie was bez reszty swoim nietuzinkowym wątkiem romantycznym i napięciem, które uniemożliwia swobodne odetchnięcie przez dwie godziny - to właśnie film dla was. A jeśli po prostu tak jak ja uwielbiacie Kate Winslet i macie ochotę na kolejną świetną produkcję z jej udziałem, też nie będziecie zawiedzeni. Gorąco polecam! 
Chyba nawet przeczytam książkę, na podstawie której powstał film. Pierwszy raz w tej kolejności.




Abstrahując od tej krótkiej recenzji (ale musicie obejrzeć ten film, naprawdę!), muszę przeprosić za to, że będzie to prawdopodobnie ostatni post na następnych kilka miesięcy. Nie mówię, że na zawsze, bo pewnie kiedyś znowu trafię na coś robiącego takie wrażenie, ale pomijając to, blog jest w pewnym sensie zawieszony. Ja jednak wciąż żyję i nie przestaję czytać świetnych książek. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy natknęłam się na niejedną, która zaparła mi dech w piersiach, przestałam odczuwać chęć dzielenia się tym. Nie żałuję. Blog nigdy nie miał być dla mnie obowiązkiem, zwłaszcza, że całą sobą realizuję się w swojej drugiej pasji, śpiewaniu, tańczeniu, graniu. Poznałam także przecudownych ludzi w mojej nowej klasie. Jest dobrze, a ja jestem szczęśliwa. I wolna - a nie czułam się tak, kiedy wiedziałam, że po przeczytaniu każdej książki muszę o niej pisać. Sprawia mi to o wiele większą przyjemność, kiedy czytam dla siebie. Zdaję sobie sprawę, i wy pewnie też, że pisanie podobnych do siebie recenzji nie mogło trwać w nieskończoność. Dobrze jednak, że jest z tym jak z domem - zawsze mogę wrócić. 
I czasem wciąż o was myślę, bo jednak blog w jakiś sposób ukształtował mnie taką, jaką teraz jestem. 
Trzymajcie się tak, jak ja robię to teraz. Nie wiem, czy od początku istnienia tego bloga byłam tak szczęśliwa, jak jestem w ostatnich miesiącach.
Całuję!
Emila

sobota, 8 sierpnia 2015

Złodziejka książek może się schować (To, co zostało - rozmyślania)

Ostatnia recenzja, którą pisałam z przyjemnością, powstała pod koniec kwietnia. Już dawno mogliście zauważyć, że pisanie wychodzi mi już bokiem; że blog należy już właściwie do przeszłości. Nie zmieniło tego nawet czytane przeze mnie ostatnio Co, jeśli. Książkę określiłam w myślach jako fenomenalną, ale nie pchnęła mnie do przeproszenia się z blogiem.
Cóż poradzić jednak, że pierwsza przeczytana przeze mnie książka Jodi Picoult - To, co zostało, zbiła mnie z nóg. 
Właśnie dlatego dzisiaj, choć nadal nie zamierzam pisać regularnej recenzji, wracam z podkulonym ogonem. 
Zapraszam do zapoznania się z moimi pełnymi spojlerów przemyśleniami na temat historii byłej więźniarki Auschwitz-Birkenau i jej oprawcy... toczącej się 70 lat po wojnie. 


Zacznę od tego, że książkę wzięłam z półki bibliotecznej właściwie w ciemno. Nie przeczytałam jej opisu. Przysięgam, myślałam że to będzie jakiś romans - w końcu na okładce widniało nazwisko Picoult, do której często porównywana jest Chamberlain. 

Tymczasem okazało się, że będą to skomplikowane losy Sage - żyjącej w nocy, z dala od pełnych wyrzutów i krytyki spojrzeń ludzkich pani piekarz, żyjącej z ogromnym poczuciem winy. Jej babci, która choć przeżyła największe piekło w historii ludzkości, nie chce mówić o nim ani słowa. I w końcu żyjącego nieopodal byłego nazisty, oprawcy więźniów Auschwitz, który, jak twierdzi, ma dosyć borykania się z wyrzutami sumienia i prosi Sage - wszakże Żydówkę - aby pomogła mu umrzeć. Mówi, że życie po tym, co zrobił, jest jego karą. Śmierć się go nie ima. A śmierć z rąk Żydówki - choćby niezbyt religijnej - będzie rodzajem odkupienia. 

Fabułę już sobie przypomnieliście. A teraz pomyślcie, co najbardziej Was w tej książce zastanowiło?
Mnie chyba wcale nie to, czy człowiek rzeczywiście jest zdolny do skruchy. Nie uważam, aby ludzie się nie zmieniali. To znaczy jasne, niektórzy nie zmienią się nigdy, ale masa ludzi potrafi dostrzec swoje błędy. W końcu popełniamy je wszyscy. Jesteśmy tylko ludźmi, choćby i najbardziej pogubionymi. Moim zdaniem na przebaczenie zasługuje każdy, kto rzeczywiście czuje skruchę. Nie oznacza to, że nie zrobił nic złego, ale pozwala żyć dalej zarówno jemu, jak i ofierze. A każdy na to zasługuje, czyż nie?
Nie, najbardziej zastanowiło mnie to, co zrobiłabym na miejscu Hartmanna. Wcale nie Minki! Hartmanna. Zarówno jednego, jak i drugiego. Obaj nienawidzili zabijać. Jeden dostrzegł w tym jednak swoją szansę i stopniowo zaczął gubić cechy ludzkie (a przecież na początku był całkiem niewinny!). Drugi starał się, nawet w popełnianym przezeń źle, czynić drobne dobre uczynki. W końcu żył też z autentycznymi wyrzutami sumienia - zarówno co do popełnionych zbrodni, jak i śmierci brata. 
Moje zdanie jest takie, że nigdy - przenigdy! - nie wiemy, co byśmy zrobili, będąc zmuszonymi do zbrodni. Niemcy chcieli żyć tak samo jak Żydzi. Jednak oni, w przeciwieństwie do Żydów, mieli wybór między życiem a śmiercią. Z tego miejsca, w chłodnym domu podczas 40-stopniowego upału, z lodówką pełną jedzenia i szafą pełną ubrań, łatwo jest mi powiedzieć, że wolałabym śmierć, aby jej nie zadawać. Ale czy byłoby to takie proste? Większość ludzi wolała żyć. Nie wiedzieli, co będą musieli robić. Potem maszyna napędzała się sama. 
Trzeba pamiętać, że nic nie jest czarno-białe. Żydzi znaleźli się po prostu po złej stronie tej przegranej z góry wojny. A gdyby, przypadkiem, w alternatywnej rzeczywistości, Hitler byłby Żydem nienawidzącym Niemców (ha, ciekawe czy właśnie przewraca się w grobie!)? Myślicie, że oni nie zabijaliby tak samo, zmuszeni do okoliczności? Ja nie jestem pewna. 
Chcę powiedzieć, że nie wolno zakładać, że ktoś jest z natury zły, bo to też czyni nas złymi. Może naczytałam się za dużo Musierowicz, ale uważam, że w każdym kryje się pierwiastek dobra.
Staram się przypominać sobie, że w całym Holocauście prawdziwie złych osób była zaledwie garstka. Niesamowite jest, ile zależy od siły przypadku, okoliczności, siły perswazji. Z drugiej strony - nadziei, siły przetrwania, woli życia. Jedno na drugie nakłada się, zwłaszcza, gdy katalizatorem jest nienawiść. 

W To, co zostało przedstawiana była także pewna baśń. Skłaniała do pytań, czy to wina potwora, że jest potworem? I czy mniej zła od niego jest ofiara, która chce unicestwić potwora? 
Potworem może być Niemiec, beznamiętnie mordujący człowieka. Ale też Żyd (ofc w oczach Niemca), który nie zawinił, że urodził się w rodzinie wyznającej judaizm. 
A Wy, jak myślicie? Potwór zostanie potworem na zawsze? Czy potrafi się zmienić? Jeśli tak, czy zasługuje na wybaczenie?
Napisałam niesamowicie długi tekst o wszystkim i niczym, i nadal tego nie wiem. Czy Picoult zrobiła taki sam bałagan w Waszych głowach? 
Wiem, że chcę wierzyć w skruchę i zmianę, przynajmniej niektórych. 
A jeśli chodzi o wybaczenie... nie wiem, czy umiałabym. Chciałabym umieć. Ale wierzę też, że ktoś na tyle silny, aby przeżyć Auschwitz, jest też w stanie wybaczyć drugiemu człowiekowi, aby stanąć na równi z nim. I przypomnieć mu o tym, o czym on sam zapomniał wcześniej. 
Bo co jeśli ludzie nauczyliby się przyznawać do swoich win i jednocześnie wybaczać tym, którzy się doń przyznają? 
Może historia nie zatoczyłaby znowu koła?

czwartek, 9 lipca 2015

Moc siostrzanej miłości (Gdyby nie ona)

Latem o niczym nie czyta się tak przyjemnie, jak o miłości. Czasem warto jest jednak odstawić na bok lekturę o tej tradycyjnej: damsko-męskiej, a zająć się tą mniej skomplikowaną. Najbardziej trwałą na świecie i najbliższą nam. Rodzinną, siostrzaną. A gdyby do tematu tak nieskończonej miłości dołożyć wątek seryjnych morderstw - przeważnie powstaje książka doskonała. Czy było tak również z Gdyby nie ona?


Rachel i Patty nie mają zbyt wiele poza sobą nawzajem. Matka pogrążona w głębokiej depresji nie podejmuje się wychowywania ich, ojciec natomiast rzadko odwiedza dom od czasu rozwodu. Dziewczynki spędzają więc cały swój wolny czas na pobliskim wzgórzu, bawiąc się i ucząc życia. Z czasem przestaje być tam jednak bezpiecznie. Zaczyna dochodzić do morderstw młodych kobiet, których zwłoki noszą na sobie ślady gwałtu; są nagie i ustawione w pozycje klęczącą. Ich ustawione obok buty nie mają sznurówek. Śledztwem zajmuje się ojciec sióstr: na początku przynosząc dzięki temu chlubę swoim córkom, a z czasem, gdy mordercy nie udaje się złapać - wstyd. Im bardziej policjant jest przygnębiony i zmęczony sprawą, tym większą determinację odczuwa Rachel. Decyduje się na schwytanie Wampira ze Wzgórza. 

Jako że zdążyło ogarnąć mnie już wakacyjne lenistwo, nie miałam dużych wymagań względem powieści Joyce Maynard. Chciałam jedynie, aby mnie w miarę wciągnęła - tak, żebym dotarła do końca bez przeszkód. Tymczasem okazało się, że styl autorki szczególnie podszedł mi do gustu - był nieskomplikowany i klarowny, dzięki czemu książkę pochłonęłam w trzy dni. Gdyby nie ona to jednak także coś więcej niż dobrze skonstruowane dialogi. Największe wrażenie zrobiła na mnie psychologiczna strona tej historii. Z jednej strony do czynienia mamy mianowicie z rodzinną sytuacją podchodzącą pod zjawisko patologii (matka zupełnie nie zajmująca się córkami i skrajna bieda w domu), która w pewien sposób przyczynia się do ucieczki Rachel w środowisko kwalifikujące się jako popularne. Dziewczynka spotyka się z różnymi zachowaniami sprzecznymi jej naturze, między innymi czynnościami seksualnymi. Z drugiej strony natomiast obserwujemy natomiast miłość i oddanie dwóch sióstr, które nie słabną nawet wtedy, gdy ich drogi zaczynają się trochę rozchodzić. Widzimy ich zabawy, przygody; śledzimy ich kolejne etapy dojrzewania. Beztroska i wolność sympatycznych dziewcząt świetnie kontrastują także z dokonywanymi tam morderstwami. Nie możecie więc zaprzeczyć, że fabuła jest przemyślana i spójna. A także, wbrew temu co wydawało mi się w pewnym momencie, zupełnie nieprzewidywalna. Potrafi zaskoczyć równie mocno co przemówić do uczuć.

Gdyby nie ona nie reprezentuje literatury najwyższych lotów, ale dla kogoś tak niewymagającego jak ja, była to książka idealna. Lekka i intrygująca. Idealna na wakacje. Polecam!



Za możliwość lektury "Gdyby nie ona" serdecznie dziękuję
Wydawnictwu Muza SA!

wtorek, 16 czerwca 2015

Czemuż ty jesteś Romeo! (Listy do Julii, 2010)

Każdy z nas zna największy literacki romans wszech czasów: szekspirowski dramat Romeo i Julia. Na jednych robi on większe wrażenie, na innych mniejsze, ale ważne jest, że funkcjonuje w świadomości każdego człowieka. We wszystkich zaszczepia pragnienie odnalezienia swojej drugiej połówki, do której miłość byłaby silniejsza niż nawet wola życia. Marzenie to stało się na tyle powszechne, że na podstawie historii werońskich kochanków powstała niezliczona liczba książek i filmów bazujących na niej. Przykładem jest komedia romantyczna amerykańskiego reżysera Gary'ego Winicka - Listy do Julii.

Opowiada ona o Sophie i Victorze, którzy wyruszają w przedślubną podróż do Werony. Victor jednak znika na całe dnie, przygotowując się do otwarcia własnej restauracji. Zraniona Sophie udaje się więc pod słynny balkon Julii Kapulet, gdzie dowiaduje się, że istnieją osoby odpisujące na listy pisane do Julii. Sama odpowiada na jeden z nich - pochodzący sprzed 50 lat. Wkrótce poznaje jego nadawczynię - Claire - i wraz z nią oraz jej sceptycznym wnukiem Charliem wyrusza na poszukiwanie jej dawnej miłości. 



Najmocniejszą stroną produkcji Winicka jest niepowtarzalny klimat Werony, dzięki któremu fabuła filmu nabiera nuty magii. Choć nie jest ona najoryginalniejsza na świecie, to i tak przyciągnie do siebie wielu odbiorców ze względu na ulubione filmowe motywy - miłość (zwłaszcza tą zapomnianą) i podróż w niecodziennym wydaniu. Gra aktorska także trzyma poziom, a Amanda Seyfried (Sophie) oraz Christopher Egan (Charlie) dobrze radzą sobie ze swoim zadaniem. Ich dialogi wyglądaja naturalnie, a całokształt pokazuje, że naprawdę wczuli się w swoje role. Skutecznie przekonują widzów, iż miłość jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody. Historia Claire (granej przez Vanessę Redgrave) również sprawia, że łezka kręci się w oku, a otaczający nas świat znika. Nie sposób nudzić się przy Listach do Julii!

Przeważnie nie oglądam dużej liczby filmów, ale komedie romantyczne zdecydowanie należą do mojego ulubionego gatunku. Dzieło Winicka nie wyróżnia się szczególnie od innych obejrzanych przeze mnie podobnych produkcji, ale zapoznałam się z nim z przyjemnością i chętnie ponowię to doświadczenie w przyszłości. 

sobota, 13 czerwca 2015

Zmieniła się Florence, czy może ja? (How big, how blue, how beautiful, 2015)

Na nową płytę Florence and The Machine czekałam, odkąd poznałam ich twórczość, czyli dwa lata temu. Nowy krążek miał być pierwszym od czterech lat; miał wnieść coś zupełnie nowego do ich twórczości. Tak niewątpliwie się też stało. Dla mnie jednak pojawił się problem: przestałam czekać na tę płytę. Nie kupiłam jej w dniu premiery, a kiedy wreszcie znalazła się w mojej ręce, nie odtworzyłam jej od razu. Zrobiłam to dopiero dwa dni temu. Wrażenia?

Skomplikowane. Z jednej strony mamy jak najbardziej floręsowe teksty - opowiadające dużo o świecie i jego cudzie; dużo o naturze i wnętrzu człowieka. Jest w nich dużo poezji, dużo trafnych wyrażeń. Są przepiękne, jak zwykle. Można je czytać choćby jako wiersze, co też zresztą robię. Teksty są najmocniejszą stroną How big, how blue, how beautiful.


Największej zmianie podlega sama muzyka. Nie słychać tu już harfy, pojawia się za to gitara elektryczna i orkiestra. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlaczego to do mnie nie trafia, przecież album Symfonicznie Comy jest jednym z moich ulubionych krążków. Poza tym to na pewno duży krok do przodu dla samorozwoju Florence. Stanie w miejscu jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. 

Dochodzę jednak do wniosku, że gdyby How big... przypominało klimaty Lungs, w której kiedyś byłam tak bardzo zakochana, tym bardziej nie podbiłaby mojego serca. Piosenki Florence i tak stały się bardziej dynamiczne niż kiedyś. A mi przestał odpowiadać smutek i enigmatyczność utworów w rodzaju Breaking down. Tajemniczość i magiczna aura Welch są dla niej nieodłączne. Ja natomiast od dłuższego czasu cenię sobie bardziej wesołe i rytmiczne, a trafne w przesłaniu piosenki (skrzywienie zawodowe po kapeli ludowej?). To chyba ten moment, w którym droga twórczości Maszyny i moja się rozchodzą... Co nie znaczy, że żaden utwór nie zaskarbił sobie mojej sympatii.


Bardzo cenię sobie Queen of peace, Ship to wreck i przede wszystkim Third eye. Ta ostatnia piosenka była tym, czego szukałam w tej płycie: radosną odskocznią od swojej smętnej sąsiadki St Jude, odskocznią opowiadającą o braku strachu przed życiem i korzystaniem z niego. Dokładnie to, co teraz lubię. A przy tym - mistrzostwo muzyczne i wokalne. Czego chcieć więcej?

Żałuję, że nie mogę powiedzieć, że to najlepszy album, jaki słuchałam w życiu. Cóż jednak zrobić, kiedy sama, podobnie jak Florence, idę ciągle do przodu. Chociaż na szesnaście piosenek spodobały mi się zaledwie trzy, może cztery, a tylko od jednej naprawdę się uzależniłam - szanuję Florence za to, że wie, co dla niej ważne. Cieszę się, że pokonała demony swojego ostatniego związku, w ten sposób publicznie opowiadając o nim. Zawsze będzie mi bliska. Sama mówię - trudno. Przynajmniej, obok śpiewania przyśpiewek pokroju Świeci miesiąc, zanucę też od czasu do czasu Cause there's a hole where your heart lies.


piątek, 12 czerwca 2015

Bez ciebie nie ma nieba (Najdłuższa podróż)

Nicholas Sparks to pisarz z pokaźnym dorobkiem literackim - może nie tak ogromnym jak Stephen King, ale wystarczającym, aby czytelnik bez wysiłku mógł przewidzieć następne zwroty akcji w książce czy niewypowiedziane jeszcze słowa bohaterów. Chociaż na początku nie zgadzałam się z opinią, że jego dzieła są banalne i przewidywalne, to po przeczytaniu ośmiu, nabrałam jednak przekonania co do jej słuszności. Nie wierzyłam, że autor, którego tak długo ceniłam i którego pokochałam za napisanie jednej z moich ulubionych powieści - Pamiętnika, może mnie czymś jeszcze zaskoczyć. Wszystko zmieniło się wraz z lekturą Najdłuższej podróży, której ekranizacja wchodzi do kin właśnie dzisiaj. 


Ira spędził swoje długie i szczęśliwe życie u boku żony, którą kochał nad życie. Dzielił z nią swoje myśli, codziennie od nowa oddawał jej swoje serce i wspólnie z nią kolekcjonował obrazy. Zrobił już właściwie wszystko, co miał zrobić, ale i tak nie chce umierać. Rzeczywistość jednak chce inaczej. Ira po wypadku samochodowym utyka w śnieżnej zaspie, niewidoczny dla ludzi, niezdolny do opuszczenia zniszczonego samochodu. Czeka na ratunek, powoli tracąc siłę i nadzieję. 

Jakiś czas przed tym wydarzeniem, trafiają na siebie Sophia i Luke. Ona jest studentką historii sztuki. Próbuje zapomnieć o byłym chłopaku, który wielokrotnie ją zdradził. On pomaga matce w prowadzeniu rancza; zawodowo ujeżdża byki. Czy może połączyć ich miłość wielka jak Iry i jego żony Ruth?

Kiedy weźmie się do ręki Najdłuższą podróż, pierwszym, co rzuca się w oczy, jest jej niewiarygodna grubość. 500 stron to coś, czego u preferującego dwustustronicowe powieści Sparksa jeszcze nie było. Z czasem okazuje się jednak, że najnowsza pozycja pisarza jest jednocześnie najbardziej spośród wszystkich jego dzieł złożona. Oferuje zarówno więcej różnorodnych ciekawych postaci, jak i więcej wątków, zgrabnie się ze sobą zazębiających i łączących. Stanowi doskonałe przeciwieństwo Nocy w Rodanthe, których akcja toczyła się jednotorowo, a dalsze zdarzenia nie były zaskoczeniem chyba nawet dla samych bohaterów powieści. Tu jest inaczej: Najdłuższa podróż, jak na Sparksa, jest niewyobrażalnie dynamiczna i nieprzewidywalna. Oczywiście nie sposób nie odgadnąć przebiegu kilku wybranych wątków, ale największą tajemnicą i tak owiane jest samo zakończenie. Kreując je, pan Nicholas przeszedł sam siebie. Pozostawił czytelnika z nostalgicznym uśmiechem na twarzy i myślą, że już dawno nie czytał tak dojrzałej i dobrej książki. 

Najdłuższa podróż opowiada zarówno o śmierci i trudnych wspomnieniach, jak cudzie powstania nowej, głębokiej i wiecznej miłości. Niesamowicie wzrusza i gra na uczuciach niespodziewającego się niczego odbiorcy. Jest lekturą obowiązkową dla wiernych fanów autora, a także dla tych, którzy do tej pory z uporem powtarzali, że Sparks to jedynie mdłe romansidła. Zastanawiam się, ilu z nich po przeczytaniu najnowszej jego powieści, nie krzyknęłoby "to było genialne!'. Ciekawe, czy przyjmą wyzwanie?
Gorąco polecam!

czwartek, 4 czerwca 2015

Wiesz, że nikt nie spełni za ciebie marzeń?

Rok temu zakochana byłam w książkach z wzniosłymi treściami i głębokimi metaforami; rzekomo odkrywających prawdę o życiu i jego sensie. W Papierowych miastach Greena znalazłam więcej wartych uwagi cytatów niż stron, które oferowała sama książka. Wszystkie cytaty o miłości i prawdziwym życiu z Delirium znałam na pamięć. Podkreślałam wszystkie fragmenty, które starały się udowodnić, że życie wcale nie jest takie proste, jak się wydaje. 
Jeśli chodzi jednak o lektury czytane w ostatnim czasie, to enigmatyczny Baśniarz nijak mi się nie podobał, nowatorskie przemyślenia Śmierci w Złodziejce książek nie przemówiły do mnie, i w żaden sposób nie potrafię przebić się przez chaotyczny początek Księżyca nad Bretanią. Powód?
Okazało się, że życie jest beznadziejnie proste. 

Mogłabym pisać tu w nieskończoność o cudownych małych chwilach, które warto łapać itd. Ale chyba nie w nich tkwi klucz, bo ktoś nieszczęśliwy ich nie doceni, czyż nie? 
Poza tym też nie jest tak, że tylko chodzę i się uśmiecham. Wczoraj spędziłam pół dnia jęcząc, że mam nierówno opalone plecy i będzie to fatalnie wyglądać przy mocno wyciętej sukience na bal gimnazjalny. Co najmniej raz dziennie mówię, że jestem zmęczona, nic mi nie idzie i generalnie życie to dno. Trudno, mam tylko szesnaście lat. 
Ale jestem szczęśliwa, niesamowicie szczęśliwa. Powiedzieć Wam czemu?
Bo spełniłam marzenie!


Przez rok nosiłam się z marzeniem, które wydawało mi się niewykonalne i pozbawione sensu. Bywałam smutna. Zazdroszcząca innym. Żałująca, że nie można cofnąć czasu.
Ale po co cofać czas, kiedy przyszłość jest w Twoich rękach? 
Nagle z dnia na dzień po prostu zaczęłam tańczyć. Pierwszego razu nie zapomnę przenigdy. To było tylko kilka prostych kroków, ale miałam wrażenie, że zaraz uniosę się kilka metrów nad podłogę. Kilka miesięcy później wciąż chciało mi się krzyczeć ze szczęścia. Nie zapomnę też momentu, kiedy pani zobaczyła, że wychodzi mi krok oberka i powiedziała to na głos, a wszyscy bili mi brawo. Przy tym wszystkim zdaję sobie sprawę, że nigdy nie dorównam tym, którzy tańczą od wielu lat, ale uczucie, kiedy pani prosi o jakiś krok, a ja wiem, że mniej więcej jestem w stanie go zrobić, jest nieopisywalne. A jeszcze lepsze są chwile, kiedy uczę się czegoś nowego i robię to po raz pierwszy!

Innym marzeniem było śpiewanie. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że generalnie umiem to robić, może nie tak perfekcyjnie, jak dwie moje przyjaciółki, ale chyba nieźle. Śpiewam z przyjemnością i bez przerwy, chodzę na próby chóru, po czym niemalże wylatuję z nich na skrzydłach. Na koncertach jednak nigdy nie miałam okazji śpiewać, gdyż robię na nich to, co wychodzi mi najlepiej, czyli gram. Skrzypiec jest mało, głosów dużo. A chociaż nie fałszuję, to na pewno nie jestem najlepsza (choć oczywiście, podobnie jak z tańcem, wciąż próbuję się doskonalić). Czuję jednak, jak czas przecieka mi przez palce, bo zaraz kończę szkołę i oficjalnie odchodzę z zespołu. Zatem na występie dwa tygodnie temu, stwierdziłam, że czas się zbuntować. Ustawiłam się z chórem i zaśpiewałam Takiego Janicka. To, że to robiłam, było niesamowite. A fakt, że wszystkie dziewczyny uśmiechały się do mnie, bo wiedziały, jak gorąco tego pragnęłam, był jeszcze lepszy. 

Kluczem do szczęścia nie jest spełnianie marzeń. Kluczem jest świadomość spełniania marzeń. Samo marzenie jest zwykle w zasięgu ręki i całkowicie wykonalne, nawet jeśli wydaje ci się, że pozbawione sensu. Ale coś, co może cię uszczęśliwić, nigdy nie jest pozbawione sensu. 
Nie pamiętam, co dokładnie tańczyłam tego pierwszego razu, tak samo jak nie pamiętam suit granych na pierwszym koncercie zespołu, ale doskonale pamiętam łaskotanie w brzuchu, które mi towarzyszyło. I chyba o to chodzi - o doświadczenie w życiu tego uczucia jak największej liczby razy.
Więc próbuj. Buntuj się, protestuj, staraj się ciągle robić coś po raz pierwszy. Rób wszystko, co cię uszczęśliwia. A może kiedyś będziesz tak szczęśliwy, że sam także napiszesz Pozytywny Post?

piątek, 22 maja 2015

Kilka (spóźnionych) słów o Warszawskich Targach Książki 2015


Hej hej!


Ostatnie dnie były dla mnie najbardziej intensywnymi (jak na razie) w roku 2015. Próby do poloneza, kościół, szkoła, próby do poloneza, tańce, kościół, szkoła, kościół... Kiedy mam wolną godzinę, od razu idę spać. Jestem przeraźliwie zmęczona, żeby nie powiedzieć - wyczerpana. Jutro też nie napiszę ani słowa, gdyż mam (wyczekiwany!) występ mojego zespołu. Ale przecież nie mogę nie wspomnieć o czymś tak ważnym, jak WTK. Więc, chociaż nie mam czasu na dokładne opisywanie targów, zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć! 

Większość targów spędziłam z (od lewej) Darią, Natalką i Karoliną.
 
Na zdjęciu także siostra Darii :) 

Zgadnijcie, kto jest moją BFF! ♥ 

... I dzięki komu Wydawnictwo Otwarte zarobiło :D


Na chwilę spotkałam się także z Darią, Anką i Gabą.

Blogerskie selfie - wersja 2015



 A co kupiłam? Już Wam mówię.



  • Maybe someday - Colleen Hoover - oczywiście będę czytała razem z Darią w wakacje
  • Księżyc nad Bretanią - Nina George - oby była równie dobra jak Lawendowy pokój!
  • Dla ciebie wszystko - Nicholas Sparks - marzyłam o niej, odkąd zobaczyłam trailer ekranizacji (nie oglądałam jej)
  • Złodziej cieni - Marc Levy - dostałam za darmo przy zakupie Dla ciebie wszystko. Nie znam tej pozycji, ale przeczyta się. Skoro dają, trzeba brać. Prawda? Prawda.
  • Miniaturzystka - Jessie Burton - jak mogłam nie kupić, przeczytawszy uprzednio tyle dobrych opinii?






Do zobaczenia za rok, było świetnie!
Emila

czwartek, 14 maja 2015

"Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany" (Eleonora i Park)

Jeszcze kilka miesięcy temu zarzekałam się, że nie lubię czytania młodzieżówek i nijak nie potrafię się do nich zmuszać. Niedawno zauważyłam jednak, że w ostatnim czasie pochłaniam je w naprawdę dużej ilości (wychodzi na to, że im bardziej jesteś szczęśliwy, tym mniej wybredny). Nie miałam więc żadnej wymówki, żeby nie przeczytać wychwalanej przez wszystkich Eleonory i Parka - i nie omieszkałam tego zrobić, gdy pojawiła się okazja. 

Eleonora jest nowa w szkole. Ubiera się dziwnie, ma wściekle rude włosy i problemy w domu, o których nikt nie wie. Park jest wyśmiewany ze względu na swoje koreańskie pochodzenie, a własny ojciec uważa, że zachowuje się jak baba. Łączy ich siedzenie obok siebie w autobusie, czytane razem komiksy, tak samo słuchana muzyka oraz gorąca - bo pierwsza - miłość do siebie nawzajem. 

Miało być dobrze - i było. Inna sprawa, że "dobrze" znaczy jednocześnie "zupełnie inaczej, niż się spodziewałam". Mam na myśli to, że niejednokrotnie słyszałam, iż Eleonora i Park to przesłodki romans dla młodzieży przypominający Romeo i Julię. Wszyscy wiemy, jak kończy się szekspirowska tragedia, ale nie przyszło mi do głowy, że choć romantyczna, książka będzie też niewiarygodnie smutna już od początku. Chodzi o sytuację domową Eleonory. Nie czytało się o niej ani przyjemnie, ani lekko. Najgorsza jest oczywiście świadomość, że pewnie niejeden czytelnik dzieła Rowell może się identyfikować z życiem Eleonory. Właśnie dlatego czytelnik oddycha z ulgą, kiedy główni bohaterowie wreszcie się w sobie zakochują. Prawdziwe problemy nie znikają, ale odrobinę mniej się liczą. Najważniejsza staje się postępująca relacja nastolatków. Relacja pełna zaufania, niepewności i nieznanych emocji - coś, czego może pozazdrościć każdy rówieśnik pary. Wiem, o czym mówię, bo sama mam 16 lat. 

Eleonora i Park nie różni się specjalnie od innych młodzieżówek. W końcu każda pierwsza miłość jest tak samo urocza, co tragiczna. Okoliczności sprawiają jednak, że obie te jej cechy mogą się nasilić. A to z kolei przyczynia się do tego, że historię Eleonory i Parka czyta się niesamowicie szybko. Sama nie wiem: ze względu na nadzieję, że wszystko skończy się dobrze? A może po prostu dzięki temu, że kiedy napotykasz dobrą książkę, zapominasz o świecie prawie tak bardzo, jak kiedy zakochujesz się po raz pierwszy? To jednak musicie sprawdzić już sami. Przeczytajcie Eleonorę i Parka, na pewno nie pożałujecie!

środa, 13 maja 2015

I ain't missing you at all (Tęsknię za tobą)

Thrillery mają w sobie to szczególne coś, które ciągnie mnie do siebie niezależnie od tego, że na co dzień przywykłam raczej czytać romanse. Oczywiście najlepszym przykładem rzucającego na kolana przedstawiciela tego gatunku jest seria Millenium Larssona, która przewyższa pod każdym względem większość książek powstałych kiedykolwiek na tej planecie (i wcale nie rzucam słów na wiatr!), ale moje serce zdołało sobie zaskarbić także kilku innych autorów. Jeśli chodzi o słynnego Harlana Cobena, to niejednokrotnie miałam możliwość czytania jego dzieł, ale jakoś z niej nie korzystałam. Aż do momentu, kiedy jedno z owych dzieł przypadkiem pojawiło się w moim domu, a wraz z nim pytanie: czy ktoś chce oddać mi inne książki Cobena?

Przyjaciółka Kat - nowojorskiej detektyw - zakłada jej konto na portalu randkowym. Kobieta trafia na nim na profil swojego byłego narzeczonego - Jeffa, który porzucił ją 18 lat wcześniej, i którego wciąż nie przestała kochać. W tym samym czasie o rozmowę prosi ją nastolatek, który twierdzi, iż Jeff porwał jego matkę. Kobieta nie chce mu wierzyć, ale rozpoczyna śledztwo, jednocześnie tropiąc prawdziwego zabójcę jej ojca. Czy zbrodnie są ze sobą powiązane?

Mimo że to moja pierwsza powieść Cobena, to nie miałam żadnego problemu z przywyknięciem do jego stylu pisania. Fabuła jest przejrzyście przedstawiona, dialogi nieskomplikowane i pełne humoru, a wątki ściśle ze sobą zazębione. Tęsknię za tobą czyta się błyskawicznie jeszcze nawet przed wciągnięciem się w wątek porwania matki Brandona. Wszystko dzięki świetnej kreacji głównej bohaterki, która zmaga się z widmami przeszłości w postaci dawnego ukochanego i pozornego mordercy jej ojca. Kat jest niesamowicie prawdziwa, a przy tym sympatyczna. Nie sposób nie kibicować jej w prowadzonym śledztwie. 
Wątki kryminalne, wbrew rekomendacjom na okładce, niestety nie wniosły jednak niczego nowego do świata literatury. Nie wyróżniają się specjalnie od przestępstw w innych thrillerach, z tą różnicą, że z jakiegoś powodu dzieło Cobena czyta się lepiej, przyjemniej i szybciej. Poza tym, jak wspomniałam, nawet jeżeli bez powiewu świeżości, wciąż są mistrzowsko skonstruowane - a to wystarczająco dużo, aby nazwać książkę bardzo dobrą. 

Z przyjemnością przeczytam dalsze książki Harlana Cobena, kiedy tylko będę miała taką możliwość. Nie wątpię, że podobnie jak Tęsknię za tobą, będą to spójne, śmiałe i intrygujące thrillery - ostatnie, którym można by powiedzieć "wcale za wami nie tęsknię". Polecam!

wtorek, 12 maja 2015

Wszystko na jednej szali (Niepokorna)

Czy zdarza Wam się myśleć, że wszystko idzie za gładko, kiedy jesteście szczęśliwi? Że wszystko może w każdej chwili runąć?

Tak właśnie czuje się Kiera Allen - czy też, przynajmniej w jej sercu: Kyle. Jej miłość z Kellanem jeszcze nigdy nie była tak prawdziwa i namiętna, ale ma też swoją cenę. Wytwórnia zaczyna stawiać trudne do spełnienia warunki, a jej mężczyzna zyskiwać międzynarodową sławę. Czy zakochani wytrzymają tempo? Przecież miłość zwycięża wszystko, prawda?

Jak już wiecie, poprzednie dwie książki poświęcone Kierze zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Z jednej strony wydawały się nieskomplikowane i przewidywalne, ale z drugiej pokazywały, że nie sposób się od nich oderwać. Wszystko dzięki nieodłącznym w książkach Stephens muzyce, emocjom oraz intrygom - słowem niezbędnym aspektom dobrej literatury. W Niepokornej nic się pod tym względem nie zmienia. Chociaż 650 stron książki może przerażać (w normalnych warunkach pewnie czytałabym ją miesiąc), to w praktyce przypomina raczej 150 stron. Zwieńczenie serii pochłonęłam zaledwie w pięć dni, jednocześnie normalnie chodząc do szkoły!

 Nie jest też tajemnicą, że nic nie sprawia większej frajdy, niż czytanie o prawdziwej miłości. Ta Kiery i Kellana okazała się być świetnym jej przykładem. Powieść niejednokrotnie wzrusza, przyspiesza bicie serca i doskonale odzwierciedla nasze skryte marzenia. Jakkolwiek w pierwszej i drugiej części czytelnika miejscami mogły irytować jej negatywne elementy - na przykład stale obecna zazdrość, tak tutaj systematycznie one zanikają. Nawet Kiera w końcu przechodzi przemianę i przestaje drażnić swoją nieśmiałością i brakiem pewności siebie! Niestety w zamian pojawia się wątek symbolicznego małżeństwa i idące za nim zwracanie się do siebie "mężu" i "żono" przed faktycznym ślubem. Jednakże jest to jedyna wada i w większej perspektywie oczywiście nie przeszkadza w swobodnej lekturze.

Na serię poświęconą Kierze i Kellanowi trafiłam przez przypadek, jak się okazuje z obecnego punktu widzenia - bardzo szczęśliwego. Cieszę się, że miałam szansę poznać tak wciągającą historię. Gorąco polecam ją wszystkim tęskniącym do dobrej odskoczni od rzeczywistości fanom muzyki rockowej! 

Za możliwość poznania zakończenia losów Kiery i Kellana, 
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

O rocznym wyroku spędzonym w ogrodzie (Przedpremierowo: Kiedy cię poznałam)

Trzy miesiące temu po raz pierwszy zetknęłam się z powieścią Cecelii Ahern. Była to Love, Rosie - fantastyczna, złożona z samych listów!, miłosna historia. Jednak chociaż zrobiła na mnie niemałe wrażenie, byłam przekonana, że to jednorazowy sukces autorki. Mimo to w międzyczasie na mojej półce pojawiło się także Sto imion oraz najnowsza książka Ahern - Kiedy cię poznałam. Wrażenia z lektury tej ostatniej sprowadzają się do tego, że muszę jak najszybciej sięgnąć po Sto imion i zdobyć inne pozycje pisarki!


Jasmine była pełną energii i pomysłów pracoholiczką - do czasu, aż została zwolniona i wysłana na roczny urlop ogrodniczy. Jakkolwiek jednak większość ludzi byłaby w siódmym niebie, mogąc przez rok leniuchować i otrzymywać za to stałą pensję, Jasmine czuje się jak więźniarka. Zaczyna tracić kontrolę nad własnym życiem. Jednocześnie obserwuje też swojego sąsiada - Matta Marshalla, który zdaje się mieć problemy poważniejsze nawet od niej. Problem polega na tym, że kobieta szczerze go nienawidzi, odkąd poprowadził bezczelną audycję o osobach dotkniętych Zespołem Downa (a do tych należy jej siostra Heather). Czy niechęć jest w stanie zaniknąć w miarę poznawania się? I czy sąsiedzi zdołają powstrzymać się przed autodestrukcją?

Jak mówiłam, Love, Rosie całkowicie mnie oczarowała - przedstawianą historią, ale także jej nietypową listową formą. Musicie jednak wiedzieć, że losy Rosie nijak nie mogą równać się z tymi Jasmine! Czemu? Różni je przede wszystkim poziom zaawansowania fabuły. Ta w Love, Rosie jest dość zwykła, nawet jeśli niesamowicie przyjemna w odbiorze. Nie sposób jej jednak równać z zawiłym i wielowarstwowym ciągiem zdarzeń w Kiedy cię poznałam. Poza tym najnowsza powieść Ahern porusza o wiele poważniejsze tematy - między innymi alkoholizm, czy Zespół Downa. Postacie Jasmine i Matta są też lepiej wykreowane niż Rosie i Alexa - bardziej skomplikowane, ludzkie. W większym stopniu zaprzeczają same sobie, pokazując, co dzieje się z zagubionym człowiekiem. 
Przy tym wszystkim zauważcie, że Love, Rosie w końcu niezmiernie mi się podobała! Zostawmy jednak "techniczne" aspekty. Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zakochałam się w Kiedy cię poznałam, odpowiedziałabym: za nutę szaleństwa. Niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że działania Jasmine i jej sąsiada nie mają za wiele wspólnego z tą znaną nam, szarą rzeczywistością. Wydaje mi się jednak, że podobnych bohaterom sytuacjach, niejeden z nas spędzałby noce w ogródku sąsiada. Poza tym, czyż nie tylko wariaci są coś warci? To własnie za tę nieracjonalność i jednoczesną magię pokochałam Kiedy cię poznałam. Dzięki nim książkę pochłonęłam w dwa dni, a w ich ciągu zyskałam nowe spojrzenie na sens życia, postać drugiego człowieka i pojęcie "dobra literatura". 

Możecie mi wierzyć, że z przyjemnością przeczytałabym Kiedy cię poznałam raz jeszcze, ale zwyczajnie jest mi szkoda na to czasu, kiedy wciąż mam do przeczytania kilka pozostałych książek Cecelii Ahern! Kiedy cię poznałam jest genialna, bardzo życiowa, od razu zdobywa serce czytelnika. Jestem pewna, że zakochacie się w niej, nawet jeśli nie jesteście pracoholikami jak Jasmine. W końcu spodobała się nawet takiemu leniowi jak ja! 


Za możliwość zapoznania się z tą fantastyczną powieścią, 
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat!

sobota, 25 kwietnia 2015

Przedtargowy stos

Cześć wszystkim!

Chyba mogę uznać, że zakończył się pewien etap w moim życiu. Pisząc te słowa, byłam w godzinę po ostatniej części egzaminu gimnazjalnego. Poszło mi dobrze i o wiele lepiej niż mogłabym przypuszczać, biorąc pod uwagę fakt, iż generalnie w ogóle się nie uczyłam.
Poza tym, jak wiadomo, za trzy tygodnie czekają nas Targi Książek w Warszawie. Oczywiście nie omieszkam się na nich pojawić, przynajmniej w sobotę (kogo jeszcze spotkam?). Z tej okazji postanowiłam opublikować książki, które od miesiąca mieszkają na moich półkach. Gdybym miała czekać z tym kolejny miesiąc, aby umieścić je wraz z moimi targowymi cudeńkami, mogłyby nie zmieścić się w kadr. :) 



  • Harlan Coben - Tęsknię za tobą - z biblioteczki mamy. 
  • Diane Chamberlain - Kłamstwa - z Finty. Nie mogę się doczekać, bo Chamberlain na pewno mnie nie zawiedzie.
  • Małgorzata Gutowska-Adamczyk - Fortuna i namiętności: Klątwa - wygrana w szkolnym konkursie. Była oczywiście przegenialna i chętnie przeczytałabym ją znowu!
  • Nicholas Sparks - List w butelce - z Finty. Jakkolwiek twórczość Sparksa zdążyła mi się już trochę przejeść, to myślę, że akurat ta pozycja okaże się warta uwagi.
  • Małgorzata Musierowicz - Córka Robrojka - z Finty. Skończona po raz kolejny, jak zwykle fenomenalna i przekochana. Misja - #skompletowaćJeżycjadę
  • John Green, David Levithan - Will Grayson, Will Grayson - prezent od przyjaciółki. Przeczytamy ją, jak zwykle, razem z Darią. 
  • Sara Shepard - Pretty Little Liars, Niewiarygodne - z Finty. Seria jeszcze nie zdążyła mnie znudzić. 
  • S. C. Stephens - Niepokorna - od wydawnictwa Akurat. Poprzednie części czytało się przyjemnie, mam nadzieję że zwieńczenie serii nie okaże się inne. 
  • Gayle Forman - Wróć, jeśli pamiętasz - pożyczona od koleżanki, skończona kilka dni temu. Dokładnie taka, jak się spodziewałam. 
  • Colleen Hoover - Losing hope - pożyczona od koleżanki. Gorsza niż Hopeless, ale stanowiąca dobre jej dopełnienie. 
  • Cecelia Ahern - Kiedy cię poznałam - od wydawnictwa Akurat. Właśnie czytam i jest dobrze. Może jeszcze nie aż tak, jak w Love, Rosie, ale to dopiero początek!
Czytaliście coś? 
W najbliższych planach mam przeczytanie pozycji recenzenckich, a potem - zobaczy się. Chociaż książek jest dużo, to czasu na szczęście nareszcie także.
Chciałam jednak powiedzieć Wam kilka słów o wspomnianym przeze mnie "zakończonym etapie". Mianowicie nie wykluczam, że... będzie to ostatni stos. Może przedostatni, licząc targi w maju. Potem - nie wiem. Powiem Wam więcej, gdy już podejmę decyzję. Ale czuję, że wypalam się, jeśli chodzi o blogowanie. Jest to dość skomplikowane, a nie chce rzucać słów na wiatr... Na razie więc oddam się czytaniu i recenzjom dwóch książek, które dostałam od wydawnictwa. Wy możecie jedynie trzymać kciuki, aby wróciła mi wena i zapał. 
No nic, temat jeszcze na pewno wróci. 
Na razie - dzięki że jesteście.

Emila

czwartek, 23 kwietnia 2015

Sukces ucieczką od przeszłości (Wróć, jeśli pamiętasz)

Historia Mii - dziewczyny, która straciła w wypadku rodzinę - zdołała poruszyć cały świat, a w tym oczywiście mnie. Jeśli zostanę nie była najambitniejszą czy najoryginalniejszą powieścią na świecie, ale zdecydowanie udało jej się zagrać na uczuciach wszystkich odbiorców - prawie tak skutecznie, jak Mii na wiolonczeli. Jeżeli chodzi jednak o drugą część, to nie miałam wobec niej wygórowanych oczekiwań. Niestety zdołałam nasłuchać się zbyt wielu negatywnych wobec niej opinii. Czy miały coś wspólnego z prawdą?

Kariera Adama jeszcze nigdy nie miała takiego tempa. Platynowe płyty, tysiące fanek, trasa koncertowa... Tylko dlaczego chłopak nie wydaje się być szczęśliwy? I trzyma się od kapeli tak daleko, jak tylko może? 
Pewnego dnia, w przeddzień wyjazdu do Londynu, Adam napotyka się na baner reklamujący koncert Mii, jego dawnej miłości, której nie widział od trzech lat. Bez zastanowienia udaje się na jej występ, a po niedługim czasie spotyka Mię. Dziewczyna pragnie p
okazać mu swoje ulubione zakątki Nowego Jorku. Ma nadzieję odnowić znajomość? A może ponowne rozstanie jest nieuniknione?

Czytelnik szybko jest w stanie odpowiedzieć sobie na te pytania, gdyż kolejna książka Gayle Forman znowu należy do tych przewidywalnych. Na szczęście to nie przeszkadza w lekturze, a wręcz ją umila. Dzięki temu książkę czyta się szybko i z zainteresowaniem - właśnie tak, jak wszyscy lubimy. Szkoda tylko, że Adam musiał to wszystko popsuć... Wróć, jeśli pamiętasz bowiem niczym innym, niż ciągiem niekończących się pytań "co się stało z Adamem...?". Mianowicie przede wszystkim stał się on irytującym, wiecznie użalającym się nad sobą i rozkapryszonym gwiazdorem, który zachowuje się, jakby miał o piętnaście lat mniej, niż ma. Mia z kolei stała się oficjalna i wyniosła. Nie było to za fajne, gdyż sprawiało wrażenie, jakby czytało się o zupełnie innych ludziach w tej samej oprawie. Stylistycznej - i muzycznej. Ten aspekt historii Mii i Adama pozostał niezmienny. Bogu dzięki, bo to właśnie on był dla mnie najważniejszy! Możecie wiedzieć, że moją głęboką pasją jest gra na skrzypcach, więc Mia - chociaż wykonywała zupełnie inną muzykę od tej preferowanej przeze mnie - stała się mi bardzo bliska. Dobrze wiedziałam, że wszystkie opisy uczuć towarzyszącym graniu na instrumencie wcale nie zostały wyssane z palca, a dodatkowo radowały mnie wszystkie prozaiczne, a niesamowicie życiowe sytuacje, jak prośba o podanie struny A. Może rzeczywiście Wróć, jeśli pamiętasz nie była tak przesiąknięta muzyką, jak jej poprzedniczka, ale i tak zachowała pod tym względem zadowalający poziom. Jedyną wadą tej części powieści był fakt, że piosenki wykonywane przez Shooting Star zostały przetłumaczone na język polski. Ale to, jak wiadomo, nie jest już winą autorki.

Wróć, jeśli pamiętasz nie przewyższa pierwszego tomu. Nie jest też najlepszą książką, którą czytałam w tym roku, czy nawet miesiącu. Jest jednak świetną odskocznią od rzeczywistości (w tym egzaminu gimnazjalnego, którego ostatnią część skończyłam pisać godzinę temu) i wyśmienitym dopełnieniem losów Mii. Aż żal napisać coś innego niż - warto. W końcu nawet jeśli nie jesteście skazani na sukces jak Adam, to muzyka również jest doskonałą formą ucieczki!

środa, 15 kwietnia 2015

Najlepsze lekarstwo na złamane serce? (Poradnik pozytywnego myślenia, 2012)

Uwielbiam oglądać ekranizacje książek. Przyczyna jest prosta: filmy niebędące ekranizacjami bądź ewentualnie horrorami zwykle sprawiają mi trudność ze zrozumieniem fabuły (no, chyba że jest to banalna komedia romantyczna, w której nie ma za wiele do rozumienia, ale także i do oglądania). Tutaj fabułę znam natomiast na wylot. Mogę więc oddać się niekończącej się przyjemności krytycznego spoglądania całość produkcji. A jaka okazała się być ta Davida O. Russella, jak myślicie?

Papierowa wersja historii załamanego rozstaniem Pata, który robi wszystko, aby wrócić do swojej żony, zrobiła na mnie spore wrażenie. Filmu byłam ciekawa już dłuższy czas, ale nie spodziewałam się po nim wiele. Mimo Oscara dla Jennifer Lawrence i gamy innych nagród oraz nominacji, słyszałam już niejedną negatywną opinię o ekranizacji powieści Matthew Quicka. Niestety, jak się okazało, znalazło się wiele prawdy w tych słowach. 


Przede wszystkim Poradnik pozytywnego myślenia jest niesamowicie chaotyczną produkcją. Gdybym nie znała już zarysu fabuły i przebiegu akcji, za nic w świecie nie zdołałabym się odnaleźć w przedstawianej Filadelfii. Wydaje się, jakby zamysłem reżysera było wciśnięcie w scenariusz jak największej liczby całkowicie zamotanych dialogów w przypadkowej scenerii, spajanie ich ze sobą za pomocą ukazywania wspólnego biegu Pata i Tiffany, i wmówienie odbiorcy, że to ma sens. Otóż nie ma. Poradnik moimi oczami jest niczym innym jak zlepkiem zupełnie nie wiążących się ze sobą scen, połączonych w randomowej kolejności. Widzowi pozostaje zatem skupić się na najprzyjemniejszej dla oka części tego filmu, czyli na tańcu. Tutaj jest wreszcie na co popatrzeć! Jennifer Lawrence rzeczywiście przyzwoicie spisała się, odgrywając niezrównoważoną, ale zdeterminowaną Tiffany. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o Bradleyu Cooperze, który niezmiernie mnie irytował zarówno jako aktor, jak i postać w filmie, ale pozostaje faktem, że taniec z Jennifer udał mu się pierwszorzędnie. Wtedy też seans zaczął sprawiać mi prawdziwą przyjemność. Inna sprawa, że właśnie muzyką reżyserzy kiepskich filmów zwykli rozwiązywać swoje problemy. Prawdziwe znaczenie i tak ma to, że finał Poradnika pozytywnego myślenia koniec końców ogląda się z zadowoleniem, które neutralizuje wcześniejsze nieprzychylne doznania. 

Dzieło Russella nie wymęczyło mnie, ale też nie sprawiło, że pogrążyłam się w przyjemnym zapomnieniu. Owszem, zdołałam wciągnąć się na kilka chwil i czerpać przyjemność z oglądanych zdarzeń, ale nic więcej. Jeśli chodzi o historię Pata, mogę polecić Wam jedynie powieść Matthew Quicka. Jeśli zaś zapoznacie się z nim już po seansie ekranizacji, wtedy na pewno nauczycie się myśleć pozytywniej!

wtorek, 14 kwietnia 2015

"Co jedną ręką daje, to drugą wydziera" (Fortuna i namiętności - Klątwa)

Jak wiecie, Cukiernia pod Amorem oraz Podróż do Miasta Świateł należą do moich najukochańszych serii. Ten czysty geniusz zawarty w postaci pięciu niepozornych książek sprawił, że moje serce upewniło się w znaczeniu wyrażenia "dobra literatura". Możecie sobie tylko wyobrazić, jak ucieszyłam się, poznając datę premiery Klątwy (o której notabene wiedziałam od września 2013, kiedy to byłam na spotkaniu autorskim z panią Małgosią i gdy wspomniała, że pracuje nad nową powieścią). Odliczałam miesiące, tygodnie i dni. Moja radość nie znała granic, kiedy wreszcie wzięłam pierwszy tom Fortuny i namiętności do ręki. 
Czy Winnice okazały się być równie interesujące jak Gutowo i Paryż? 

Kiedy winnicki kat widzi oskarżoną o czary dziewczynę, od razu pragnie, aby została jego żoną. Czarownica jednak odrzuca drogę wolności i dobrowolnie wchodzi na stos. Przed śmiercią rzuca klątwę na wszystkich obecnych. 
Od tej pory nic nie układa się w powiecie winnickim. Dochodzi do kilku śmierci, bijatyk, złamanych serc i jeszcze gorszych nieszczęść. Nie wiedzie się wszystkim - od miecznikowej Niezgodzkiej zaczynając, na kasztelanie Jandźwille i jego dzieciach skończywszy. Czy jest sposób aby odwrócić zły czar?

Od razu rzuca się w oczy, że fabuła została w najwyższym stopniu przemyślana i dopieszczona. Abstrahując nawet od jej nietuzinkowości (bo czy spotkaliście się już gdzieś z wątkiem palonej czarownicy rzucającej klątwę?), jest ona niesamowicie złożona. Do czynienia mamy z co najmniej sześcioma (o ile dobrze liczę) głównymi bohaterami i sporą liczbą tych pobocznych. Losy ich wszystkich misternie się ze sobą łączą, tworząc spójną i intrygującą relację z upadku polskiej szlachty. Jak myślicie - powodowanego złą gospodarką kraju? A może rzeczywiście klątwy? W końcu same problemy z wyborem nowego króla nie mogłyby przyczyniać się do kłopotów miłosnych mieszkańców Winnic - a kłopotów jest niemało. Bo cóż z tego, że Zofia darzy afektem Jana, jeśli jego ojciec skomplikował życie jej rodziny? I co ma powiedzieć zbójca Bartek Rabiński, obserwując gorącą miłość córki kasztelana Cecylii do podstarościego Kacpra Hadziewicza, który z kolei smali cholewki do miecznikowej? 
Jak widzicie, nikomu nie jest łatwo. Nawet czytelnikowi pani Gutowskiej-Adamczyk! Jak zauważyłam, Klątwa jest powieścią trudniejszą niż poprzednie dzieła autorki. Zarówno pod względem stylistycznym, jak merytorycznym. Fortuny i namiętności nie można czytać myśląc o niebieskich migdałach, gdyż wtedy nie wyniesie się zbyt dużo z tej szczególnej lektury. Jednak gdy już na dobre zadomowi się w Winnicach, wreszcie docenia się czarujący, staropolski język osiemnastowiecznej szlachty; zachwycający, choć odrobinę mroczny klimat powieści. A że przez to historię czyta się trochę dłużej niż Cukiernię pod Amorem - tym lepiej. W końcu właśnie fakt, że losy bohaterów mogłam śledzić przez o wiele za krótki czas, był największą wadą pierwszej serii pani Małgorzaty!

Klątwa nie jest wszystkim, na co stać panią Gutowską-Adamczyk, to pewne. Pamiętajmy jednak, że wszystkie swoje zdolności zaprezentuje ona zapewne dopiero w kontynuacji, której już nie mogę się doczekać. Fortuna i namiętności z wszelką dozą prawdopodobieństwa nie zajmie honorowego miejsca Cukierni na mojej półce, ale wciąż stanowi perfekcyjną odpowiedź na pytania "jak powinna wyglądać dobra książka" oraz "jak powinien pisać znakomity autor". Pani Małgosiu, czytanie Pani książek to sama przyjemność! 

Klątwa to jest, wiecie, takie paskudztwo, że gdziebyście nie poleźli, tam was dopadnie. Choćbyście się w mysiej norze skryli, powlecze się za wami i swoje zrobi. Można przed nią uciekać za góry, za lasy, nic to nie da. Tu, na miejscu, poczekam, jaki mi los pisany. 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Nadzieja umiera ostatnia (Losing hope)

Pamiętam, że kiedy skończyłam czytać Hopeless, miałam wielką ochotę na drugą część. Wcale nie przeszkadzało mi, że książka nie wycisnęła ze mnie łez i nie złamała mi serca - historię Sky i Holdera czytało się dość dobrze, a to wystarczyło. Zastanawiałam się jednak, o czym może owa kontynuacja opowiadać - przecież wszystko zostało już powiedziane, a każdy wątek zakończony. 
Cóż, moje rozmyślania okazały się niebezpodstawne. To właśnie element zaskoczenia jest najmocniejszą stroną Losing hope!


Znacie już przebieg losów Sky i Holdera, prawda? Poznaliście już ich poruszającą przeszłość. Na pewno byliście wzruszeni jej nieubłaganymi skutkami i oddaliście serca sympatycznej i dzielnej Sky. Może stała się Waszą ulubioną bohaterką? A może czuliście, że jest Wam bliska jak siostra? 
Czy jednak nie chcielibyście pokochać także równie mocno męską postać - Holdera? Do tej pory nie mogliście tego zrobić. Po prostu go nie znaliście. Nie mieliście prawa, jeśli nie przeczytaliście jeszcze Losing hope.

Druga część Hopeless to ponowne przeżycie dramatycznej historii dwojga nastolatków, tym razem z perspektywy Deana. Nie miałam o tym pojęcia. Nie spodziewałam się nawet zmiany narracji, a cóż dopiero tak niebanalnego zabiegu. Jeśli mam być jednak szczera, to o wiele lepszy niż on sam jest sam moment zdumienia. Przede wszystkim czytelnik przeżywa ogromne, dezorientujące uczucie deja vu. W Losing hope nie może być też mowy o dynamice akcji czy jakimkolwiek zaangażowaniu odbiorcy w nią, ponieważ znany jest już cały jej przebieg. W pierwszej części było zupełnie inaczej: tam, nawet jeśli byłam świadoma, że nie potrafię zakochać się w losach nastolatków, to jednak przeżywałam je razem z nimi. Tutaj czytałam płynnie i z przyjemnością, ale jednak machinalnie. Losing hope jest uboższe od Hopeless nie tylko o całą gamę różnych emocji ukrytych między kartkami, ale także o zawarte w nich życie. Abstrahując już jednak od czytelnika i obu książek, to przez znaczną część lektury, poważnie zastanawiałam się nad tym, jak Colleen Hoover mogło się chcieć pisać niemal identyczną książkę? Skoro dość nudne było samo czytanie jej, to jakież musiało być jej pisanie?

Dużym plusem kontynuacji książki Hoover jest natomiast kreacja postaci Holdera - o wiele dokładniejsza niż w pierwszym tomie. Skupiamy się już nie tylko na postępowaniu Deana, ale także na jego uczuciach i myślach. Uważam, że jest to miły i wrażliwy chłopak, który niestety nie ma raczej szansy istnienia w realnym świecie... ale czyta się o nim przyjemnie. Dodam, że jakkolwiek jego działania w Hopeless wydawały się dziwne, to teraz takie stały się ruchy Sky. Uwierzcie, że wszystko zależy od punktu siedzenia! Poza tym mamy okazję poznać trochę bliżej wątek bliźniaczki Holdera - Les, a także przeczytać jego listy pisane do niej, już po jej śmierci. Listy są w Losing hope jedynym aspektem nieznanym czytelnikowi z poprzedniej książki, więc nietrudno się domyślić, że niewątpliwie staną się ulubionym elementem drugiej części wielu czytelników - na przykład moim.

Losing hope jest książką nienaganną i pomysłową, ale niestety wyjątkowo niedynamiczną. Stanowi rewelacyjne dopełnienie Hopeless, ale nic poza tym. Z mojego punktu widzenia nie ma szans, aby ponownie zdołała złamać Wasze serca - może co najwyżej przywrócić wspomnienie tego uczucia. Ale - kto wie? Chyba warto spróbować. W najgorszym wypadku poznacie bliżej naprawdę czarującego chłopaka. Nie macie nic do stracenia! 

wtorek, 31 marca 2015

Kłamstwo ma krótkie nogi (Doskonałe, PLL #3)

Nie przepadam za recenzowaniem poszczególnych tomów różnych serii. Jeżeli seria jest dobra, wszystkie części będą prezentowały podobny poziom, przez co trudno je będzie zrecenzować (złe serie omija się rzecz jasna szerokim łukiem). Pisarze rzadko uczą się na swoich błędach, więc ich książki - nawet nie niezwiązane ze sobą fabułowo - charakteryzują się jednakowymi zaletami i wadami. Sprawa staje się zaś jeszcze cięższa, gdy mowa jest o tych samych bohaterach oraz zdarzeniach. 
Nie ukrywam, że recenzja trzeciego tomu sagi Pretty Little Liars nie będzie łatwa do napisania, natomiast już zupełnie nie wyobrażam sobie recenzji części czternastej czy piętnastej. Jaki jednak będę miała wybór, kiedy książki Sary Shepard są tak wciągające?

Do mediów wycieka stare nagranie Emily, Hanny, Arii, Spencer oraz Ali. Jednocześnie wszystkie sekrety dziewczyn zaczynają wychodzić na jaw. To koniec ich dobrej reputacji? A może... koniec A.?

Musicie wiedzieć, że chociaż sytuacje rodzinne i towarzyskie nastolatek z Rosewood ulegają zmianie, to nie wpływają jednak na ich charaktery i postawy. Tutaj bez zmian: nadal największą sympatią darzę bezpretensjonalną Arię, a najmniej lubię irytującą Hannę. W Doskonałych nie dowiadujemy się o kolejnych sekretach przyjaciółek: skupiamy się raczej na tym, że wszystkie znane nam wpłynęły na wierzch. Obserwujemy, jak różne są reakcje dziewczyn na to. Zastanawiamy się, jaki będzie kolejny krok A. Nie można narzekać na nudę! 

Nowe zdarzenia w Rosewood dotyczą jednakże bezpośrednio dynamiki akcji. Przez to, że zamiast zajmować się nowymi wątkami, autorka generalnie wałkuje jedynie te stare, Doskonałe nie są już tak wciągające jak dwie jej poprzedniczki. Nie zrozumcie mnie źle: pochłonęłam tę książkę dosłownie w moment. Ale już nie zachowywałam się, jakby dalsza lektura zależała od mojego życia. Mam nadzieję, że to niesamowite uczucie powróci w kolejnych tomach. 

Trzeci tom PLL na pewno mnie nie rozczarował, ale zostawił z poczuciem, że autorkę stać na więcej. Jestem jednak pewna, że rozwinie ona swój potencjał w kolejnych tomach. W końcu już nie raz sprawiła, że mocniej zabiło mi serce, prawda? Wam z pewnością też - a jeśli nie, koniecznie musicie to zmienić. Doskonałe są książką dla Was, jeśli tylko Wasza chęć na dobrą lekturę jest silniejsza niż wstręt kłamstwem. Gorąco polecam!

poniedziałek, 30 marca 2015

Bajkowy ogród świadkiem samobójstwa (Tajemnica Noelle)

Trzy miesiące temu nastąpił ważny moment w moim czytelniczym życiu: po raz pierwszy sięgnęłam po dzieło Diane Chamberlain. Jeśli uważnie śledzicie mojego bloga, z pewnością zorientowaliście się, że był to dla mnie swojego rodzaju przełom. Już dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak, jak Sekretne życie CeeCee Wilkes! Nietrudno domyślić się zatem, że chciałam natychmiast poznać także książki Chamberlain - z naciskiem na Tajemnicę Noelle. 
Czy okazała się równie dobra jak CeeCee? A może lepsza? Zobaczcie sami!


Noelle popełnia samobójstwo. Zdumienie jej dwóch najlepszych przyjaciółek - Emerson oraz Tary - nie zna granic. Przecież Noelle kochała życie! Przestaje to jednak być pewne, kiedy odkrywają tajemniczy list w domu zmarłej. List, który rzuca zupełnie inne światło na postać kobiety.
Czy aby na pewno znały swoją przyjaciółkę? W jaki sposób nowa wiedza wpłynie na ich dalsze życie?

Spośród wszystkich książek Diane Chamberlain największe zainteresowanie wzbudziła we mnie właśnie Tajemnica Noelle. Połączenie "zagadkowy list" i "samobójstwo" zawsze działają na mnie jak magnes. Odkąd pamiętam intrygowali mnie bohaterowie-desperaci, zmagający się z życiem i nierzadko przegrywający z nim. Jest w tym coś rozpaczliwego, beznadziejnego. Tragizm sytuacji wynagradza jedynie fakt, że jest niemal zawsze jest on równoznaczny z materiałem na kawał dobrej literatury. A co jest jej fundamentem? Oczywiście doskonale wykreowany główny bohater! I rzeczywiście, Noelle - choć nieobecna w czasie postępów w akcji - jest niesamowitą postacią o gorącym sercu, olbrzymiej determinacji i ogromie tajemnic. Chamberlain nie skupia się jednak wyłącznie na tytułowej bohaterce: w Tajemnicy Noelle liczba postaci równa się prawie tej w Mistrzu i Małgorzacie, a przy tym wszystkie są od siebie różne, ludzkie i interesujące. Warto wspomnieć, że równie duża jest też liczba perspektyw narracji. Akcja dzieje się naprawdę wielotorowo, dzięki czemu nie można narzekać na brak dynamiki czy świeżych elementów w fabule. Swój udział w płynnym czytaniu ma jednak też nienaganny styl pisania Diane Chamberlain. Losy Noelle, Tary i Emerson poznaje się nie tylko w błyskawicznym tempie, ale i z prawdziwą przyjemnością. 

Jedyną rzeczą, której żałuję, jest to, iż nie zdołałam pokochać Tajemnicy Noelle tak, jak Sekretnego życia CeeCee Wilkes. Pierwsza z nich jest książką bardzo dobrą, ale nie rewelacyjną. Druga sprawiła, że moje serce biło kilka razy szybciej i na kilka godzin nadała mojemu życiu o wiele żywszych barw. Różnica między nimi polega przede wszystkim na tym, że Sekretne życie wciąż mnie zaskakiwało, natomiast większość tajemnic Noelle zdołałam szybko przewidzieć. Nie zepsuło mi to radości z lektury, ale zniszczyło element zaskoczenia. Na pewno rozumiecie, co mam na myśli. 

Jestem zadowolona z lektury Tajemnicy Noelle. Nawet jeśli nie była najlepszą przeczytaną przeze mnie pozycją w tym roku, to i tak trzymała poziom. Poza tym to dopiero moja druga spośród dziewięciu wydanych w Polsce książek Diane Chamberlain. Jedna z pozostałych siedmiu gości już nawet na mojej półce! Mam nadzieję, że będzie równie porywająca. Może nawet dorówna historii CeeCee? A może przebije tę poznawaną przez Tarę oraz Emerson? Muszę jak najszybciej się tego dowiedzieć. A Wy koniecznie musicie poznać sekrety skrywane przez Noelle. Uwierzcie, że mimo wszystko, są one naprawdę warte uwagi!

wtorek, 17 marca 2015

Bóg jeszcze z tobą nie skończył (Jesteś cudem)

Kiedy ostatni raz byłeś naprawdę szczęśliwy?
Nie mówię o uśmiechu ukrytym pod nosem czy cichym zachichotaniu. Mam na myśli radość tak wypełniającą twoje płuca, że chce ci się się latać, skakać i krzyczeć! 
Sama doświadczam tego uczucia regularnie - kiedy tylko zakładam na siebie regionalny strój lubelski i wraz z zespołem idę podbijać scenę. Mam wtedy wrażenie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. 
A Ty? Kiedy ostatni raz pomyślałeś, że świat może ci zazdrościć?
Nie pamiętasz? Może czas na lekturę Jesteś cudem!

Zbiór pięćdziesięciu felietonów pióra Reginy Brett jest czymś zupełnie innym od książek, które przeczytałam do tej pory. Przede wszystkim przypomina coś na kształt autobiografii skupiającej się tylko na określonych aspektach życia pisarki. Jakkolwiek wszelkie biografie nie są moim ulubionym gatunkiem literackim, to felietony Brett czytało mi się naprawdę dobrze: szybko, z zaciekawieniem i chęcią na kolejne życiowe lekcje. Może nawet na inne książki autorki? 

Jako nauczycielka pani Regina spisuje się nieźle. Trafnie wskazuje wartości i zalety życia, na które powinno się zwrócić uwagę i bardziej je docenić. Podkreśla, że wszystko wynika z dobroci. Nie używa protekcjonalnego tonu, a w jej słowach czuć autentyczną ufność i miłość do ludzi, świata, Boga. Owa religijność Jesteś cudem trochę przerażała mnie przed rozpoczęciem lektury, ale koniec końców nie było tak źle. Jedynym minusem książki była generalnie jej monotematyczność: autorka wciąż powołuje się na kilka krzyżujących się ze sobą swoich życiowych doświadczeń (głównie pokonanie raka piersi) oraz ludzi, których poznała. Bynajmniej nie zapomina o Bogu, ale na szczęście nie w stopniu większym niż inne poruszane przez nią tematy. Po jakimś czasie robi się to dość nudne - wprowadzanie nowych elementów do swoich felietonów zdaje się zastępować utrwalaniem tych poznanych już. 

Żeby wynieść coś z Jesteś cudem wystarczy minimalna chęć. Może nie podobać ci się sposób pisania Reginy Brett czy nawet poruszane przez nią tematy, ale w żaden sposób nie uchronisz się przed zatrzymaniem się na chwilę, podumaniem, przeanalizowaniem wszystkiego, co cię otacza i w jakiś sposób jest dobre. Książkę możesz czytać zarówno jako niepoprawny optymista, jak i skończony pesymista. Nie masz nic do stracenia, a do wygrania szeroki uśmiech i spokój ducha. Tylko się nie bój! Może lekcje pani Brett akurat pozwolą ci zdać życie na piątkę z plusem?

czwartek, 12 marca 2015

Dzieląc się własnym życiem (Wiem o tobie wszystko)

Ze stalkingiem jest trochę jak z chorobą: ma się świadomość, że istnieje; wie się, iż jest to coś strasznego; nie chce się mieć nic z tym do czynienia. A już na pewno nie na własnej skórze! Mnie jednak zawsze intrygowały podobne sprawy, więc doszłam do wniosku, że książka o tej tematyce może być bardzo ciekawa. Zwłaszcza, że chociaż pojęcie jest stosunkowo nowe, to na pewno nie jest takie samo zjawisko - przecież szaleńcy chodzili po świecie zarówno 50, jak i 500 lat temu. A czyż jest coś ciekawszego do opisywania, niż niewytłumaczalne i prześladujące ludzkość od zarania dziejów postępowania?

Rafe jest wszędzie, gdzie Clarissa się obejrzy. Kobieta czuje się zagrożona, ale wie, że aby policja poważnie potraktowała zgłoszenie nękania, musi przygotować przekonujący materiał dowodowy. W tym celu zaczyna pisać dziennik, w którym opisuje wszystkie - rzekomo pełne miłości - zachowania stalkera. 

Fabuła jest najmocniejszą stroną Wiem o tobie wszystko. Wiedziałam to już od pierwszych stron, które choć nie należały do najbardziej pasjonujących, to miały w sobie coś bardzo mrocznego i intrygującego. Co? Oczywiście historię Clarissy i Rafe'a! Ilekroć mężczyzna pojawiał się na scenie, nie można było narzekać na brak napięcia. Poza tym akcję stale napędzały jego podarunki, czy też, jak możecie się domyślać, groźby. Jest więc obsesja, jest ślepa, niebezpieczna miłość; jest też strach ofiary... i oczywiście ciekawość odbiorcy. Czytelnik w całkiem naturalny sposób staje się swego rodzaju uczestnikiem tej groteskowej zabawy w kotka i myszkę. 

Warto też wspomnieć, że akcja dzieje się dwutorowo. Obserwujemy rozpaczliwe zmagania głównej bohaterki z Rafe'em, a w międzyczasie jesteśmy świadkami procesu sądowego pewnej uprowadzonej i zgwałconej dziewczyny. Clarissa zasiada w ławie przysięgłych i szybko zaczyna dostrzegać powiązania między sprawą Carlotty, a własnymi problemami. Poza oczywistym brakiem nudy należy pochwalić więc także wielowątkowość powieści Claire Kendal. Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie aspekty życia Clarissy (a do czynienia mamy zarówno z romansem, marzeniami o macierzyństwie, jak i miłością do baśni i szycia) oraz porwania Carlotty, można ujrzeć naprawdę wielowarstwową i złożoną powieść. Rzecz jasna - godną polecenia.

Na pierwszy rzut oka Wiem o tobie wszystko nie różni się specjalnie od innych thrillerów psychologicznych, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że fabuła zupełnie nie odbiega od konkurencyjnych pozycji tego typu. Książka może nie zapiera tchu w piersiach, ale z pewnością umożliwia zapomnienie o bożym świecie. I oczywiście naukę, jak poruszać się po mieście niezauważonym. Polecam!


Za możliwość dowiedzenia się kilku przydatnych rzeczy o stalkingu
serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat!

niedziela, 8 marca 2015

Najciekawsze kobiety w literaturze!

Witam wszystkie kobiety w ten marcowy, obsypany kwiatami i słodkościami, poranek!

Mam nadzieję, że świętujecie w najlepsze! Sama dostałam swoje przepyszne prezenty już wczoraj, a dzisiejszy dzień mija mi póki co, jak to kobiecie, na sprzątaniu nowego pokoju. Doszłam jednak do wniosku, że nie będę się przemęczać w ten wyjątkowy dzień, a zamiast tego podzielę się z Wami swoimi ulubionymi bohaterkami literackimi!


1. Scarlett O'Hara - Przeminęło z wiatrem

Zachwycam się nad bohaterką powieści Margaret Mitchell od pełnych dwóch lat, więc nie powinno Was zdziwić, że znalazła się ona na pierwszym miejscu. Cóż zrobić, że nawet jeśli ostatni raz czytałam tę obszerną historię rok temu i moja miłość do niej zdążyła trochę ostygnąć, to wizerunek O'Hary nic nie stracił w moich oczach. Piękna, odważna jak mężczyzna, uparta jak osioł, harda, spontaniczna, lekkomyślna, kapryśna i szczera do bólu kochanka niezwykłego Retta Butlera zachwyca fanki powieści Mitchell już od prawie 80 lat! W wieku niecałych 14 lat niejednokrotnie marzyłam, aby zamienić się z nią miejscami. Teraz oceniam ją o wiele surowiej, ale wciąż marzę o doświadczenia miłości, która pukała do jej drzwi przez wiele lat, ale nie popełnieniu tych samych co Scarlett błędów. Przez dwa lata tyle czasu poświęciłam na analizowanie jej sylwetki, że czuję się, jakby była to co najmniej moja siostra. Jeśli więc mogę powiedzieć, że kocham jakąś postać literacką, to będzie to właśnie Scarlett O'Hara. 


2. Ida Pałys (Borejko) - Ida sierpniowa

Oczywiście uwielbiam wszystkie kobiety o nazwisku Borejko - opiekuńczą Gabrysię, przekochaną Milę, podobną do mnie Natalię... - ale to właśnie druga w kolejności panna Borejko najbardziej podbiła moje serce! Ruda jak marchewka, rozhisteryzowana, uparta i w gorącej wodzie kąpana ("po prostu wierzgnęła, jak to ona, bryknęła, dotarła do miejsca, gdzie może to odreagować i teraz całą energię kieruje na najbliższe otoczenie. Ciesz się, Mareczku, że nie na ciebie") wariatka i jednocześnie pani laryngolog nigdy mi się znudzi. Jak myślicie, dlaczego Wnuczka do orzechów podobała mi się najbardziej od czasów Kalamburki? Właśnie dlatego, że to postać Idy gra tam poniekąd pierwsze skrzypce. No i oczywiście nie ma co mówić o Idzie sierpniowej. Uwielbiam gorące serce Idy maskowane przez jej szorstkość i ironię; to, że jest najmniej odpowiedzialną kobietą w historii literatury (w którymś z tomów było coś takiego: "w kuchni znajdowały się trzy odpowiedzialne kobiety plus Ida", ale nie pamiętam dokładnie). Właściwie mogłabym być nią. Na pewno byłoby ciekawie. 


3. Bridget Jones - Dziennik Bridget Jones

Autorka słynnego Dziennika jest na swój sposób podobna do Idy. Kolejna postrzelona i nieznająca słowa 'konsekwencje' idolka milionów kobiet, która wywołała we mnie więcej łez Titanic. Tych śmiechu, rzecz jasna. Czasem współczuję Bridget, że nikt jej nie traktuje poważnie, ale powiedzcie: jak można się nie śmiać, gdy obserwuje się tę wiecznie odchudzającą się singielkę?


4. Isabel Salander - Saga Millenium

Kolejna specyficzna osoba. Isabel odrzuca od siebie zarówno wyglądem, jak i sposobem bycia. Niesamowicie zdolna matematycznie i informatycznie introwertyczka, która gardzi ludźmi. Twarda i zamknięta w sobie. Odważna, ale w zupełnie inny sposób niż na przykład Scarlett. Chociaż na pewno nie spodobałoby się to jej, to ciężko jej nie uwielbiać. Przeczytałabym dla niej wszystkie trzy części Millenium, nawet gdyby fabuła sama w sobie nie była tak rewelacyjna, jak jest.


5. Maria Antonina - Z Wiednia do Wersalu

Dziwnie jest wymieniać francuską królową, jako ulubioną postać literacką, ale taka jest prawda! Bohaterka trylogii Juliet Grey stała się mi niesamowicie bliska nie tylko ze względu na swoją poruszającą historię. Antonina ma po prostu w sobie to 'coś'. Jest odpowiedzialna, zabawna, kochająca i czuła, zarówno jako matka, kochanka i żona; stara się żyć tak, aby wszystkim było jak najlepiej. W dzieciństwie marzy, aby poddani ją pokochali, w dorosłym życiu kończy w wiadomy sposób. Naturalne staje się współczucie czytelnika i strasznie silna więź. O chęci odwiedzenia Wersalu chyba nie ma potrzeby mówić?


A teraz uciekam do Wiem o tobie wszystko! Co teraz czytacie?

Życzę Wam (i sobie zresztą) wszystkiego najlepszego!
Emila

sobota, 7 marca 2015

Nadzieja matką głupich? (Hopeless)

Ostatnia przeczytana przeze mnie książka z gatunku YA/NA (nie odróżniam, nie bijcie!) to, o ile dobrze pamiętam, Morze spokoju. Moja relacja z nią była dość skomplikowana. Na początku nie podobała mi się prawie tak bardzo, jak to tylko możliwe, a kilkaset stron później, ku własnemu zdziwieniu, zakochałam się w niej. Krótkotrwale, co prawda, ale intensywnie.
Z analogicznym dystansem podeszłam do powieści, która zatrzęsła polskim rynkiem wydawniczym: Hopeless. Czy historia zatoczyła koło i książka podbiła moje serce? A może okazała się zupełnie beznadziejna i znienawidziłam ją? Zobaczcie sami!


Sky podejmuje najważniejszą decyzję w swoim życiu: postanawia, że ostatni rok będzie uczyć się, jak wszyscy, w szkole. Do tej pory uczyła ją matka, która nie pozwalała córce mieć też telefonu czy internetu. Siedemnastolatka nie stała się jednak z tego powodu dziwna - przeciwnie, ma najlepszą przyjaciółkę; spotyka się z chłopakami, których wpuszcza nocą przez okno. Problem polega na tym, że jej przyjaciółka Six wyjeżdża na drugi koniec świata w tym samym dniu, kiedy tajemniczy chłopak zaczepia ją na ulicy, myląc z kimś innym.

Już z wielu ust słyszałam, że mam nieokreśloną awersję do bestsellerów (pomijając rzecz jasna, że obecnie niemal wszystko określa się mianem bestsellera). Myślę, że to jednak nie do końca tak. Zostańmy przy przykładzie Morza spokoju - przecież w wakacje mówił o nim każdy! A jednak wciąż pamiętam swoje morze uczuć po przeczytaniu ostatniego zdania. Z Hopeless miało być podobnie. Różnica polegała na tym, że na początku postanowiłam wstrzymać się z oceną, zanim dowiem się więcej. Była to dobra decyzja, bo szybko okazało się, że powieść Hoover czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie. Hopeless jest rewelacyjnie napisane! Język przystosowany do młodego czytelnika sprawia, że powieść nie sposób przeczytać w dłużej niż kilka dni. Ja pochłonęłam ją przykładowo w półtora. Poza tym dynamika akcji nie pozostawia wiele do życzenia i nie sposób się podczas lektury nudzić. Inna sprawa, że owe wartko następujące po sobie zdarzenia, oprócz powierzchownego zaintrygowania, nie wywoływały większego zaskoczenia czy bicia serca. Pod tym względem nie jestem w stanie pojąć fenomenu książki: połowę tajemnic przewidziałam sama, a połowę skwitowałam zwykłym "o, nie spodziewałabym się". Tak samo rzecz ma się z wątkiem miłosnym, który rzekomo łamał serca i wyciskał łzy dziesiątków czytelników. Mogę go określić jako słodki i kochany; wiele razy nawet za bardzo i w widoczny sposób nienaturalnie. Oprócz tego, że oczywiście dotyczy miłości, którą każdy chce przeżyć, nie sprawia, że w jakiś szczególny sposób ma się ochotę na znalezienie się na miejscu głównej bohaterki. Zwłaszcza, że mdlała ona prawie tak często, jak Anastasia i Bella przygryzają wargi. 

Obiektywnie patrząc, Hopeless jest nie różniącą się od innych młodzieżówką. Jak to bywa z tym gatunkiem, z pewnością nie zrobi wrażenia na oczekujących wysokiego poziomu i wpasuje się w gust nieoczekujących zbyt wiele. Jeśli chodzi o mnie, to jestem bardziej na tak niż nie. Za parę tygodni zapomnę o tej książce i jestem tego świadoma, ale skłamałabym mówiąc, że nie podobała mi się. W każdym razie postaram się szybko zdobyć kontynuację i nie tracić nadziei na to, że będzie ona przynajmniej równie dobra!*

Tak, tytuł drugiego tomu to Losing hope.